Menu

Czterdziestka na czereśni

Miło by było, gdyby życie składało się przeważnie z przyjemności. Ale że tak nie jest, więc każda samotna po-czterdziestka powinna mieć swoją czeresienkę. Z jej czubka świat wygląda inaczej i można pogodzić się z niektórymi rzeczami. Ponieważ sezon na czereśnie jest krótki, to ciągle szukam ich ekwiwalentu. Niektórzy twierdzą, że to folia bąbelkowa.

Pamiętnik Starszej Zakładki

Notka historyczno-gastronomiczna

zakladka

Gruba księga "Kuchnia polska" rok wydania 1962, porządnie oprawiona w szare płótno, kupiona przez Starszą Zakładkę za jedną z pierwszych pensji.

Taka trochę upaprana: szara okładka pełna jest plam, których historię jak i pochodzenie książki Starsza Zakładka wyjaśniła wpisem na jednej z pierwszych stron.  Powstały dawno, dawno temu, kiedy Starsza Zakładka z Superojcem zaczynali swoje nowe życie w miasteczku na ziemiach, o których wówczas mawiało się "odzyskane". Zostali wówczas właścicielami mieszkania w świeżo oddanym do użytku bloku, będącym dziełem sprawnych budowniczych socjalizmu, którzy nie zadali sobie trudu, aby rurę od pieca węglowego podłączyć do przewodu kominowego i z fantazją zamurowali jej koniec w ścianie. Pamięć o konsekwencjach próby ugotowania jednego z pierwszych wspólnych obiadów, która, jak oboje zgodnie twierdzili, była niezwykle efektowna i pozwoliła im błyskawicznie zapoznać się z większością nowych sąsiadów  przetrwała w postaci tych plam z sadzy na okładce.

Wewnątrz kolorowe ryciny,świadectwo czasu:


Obrazki instruktażowe, ze dwie strony urozmaicone ołówkowymi głowonogami, które w chwili nieuwagi Starszej Zakładki ja i Brat usiłowaliśmy domalować, zostawiając swój ślad obok notatek przy przepisach, informujących ile kiszonej kapusty należy kupić w celu ulepienia wystarczającej ilości wigilijnych pierogów dla całej naszej rodziny i tym podobnych tajemnicach.

Zdaje się, że to był jedyny kontakt Brata z opisywaną książką, jako maluch raczej nie gapił się na te owoce, ja owszem, choć większe wrażenie robiły na mnie ilustracje zgrabnie podzielonych na cząstki konsumpcyjne zarysów zwierząt z realistycznie wyglądającymi kawałkami, podpisanymi tajemniczo wtedy brzmiącymi nazwami, jak szponder i krzyżowa.  

Cóż, żadne słowo pisane nie było mi obojętne, czego dowód stanowi brak kawałków stron dziewiątej i dziesiątej, które ponoć przyswoiłam drogą doustną, chyba najwłaściwszą, skoro zawierały informacje o zasadach żywienia?

 

Między kartki  powkładane wycinki z prasy z przebiegu półwieku, zapisane ręką Starszej Zakładki i moją karteczki z przepisami. Są podobno na świecie kobiety, które takie rzeczy notują w odpowiednio opisanych folderach w komputerze?

Ach tak, moja córka też do nich należy...

Są potrawy, których przyrządzenie według przepisów nie z tej księgi jest absolutnie niemożliwe.

Kto jadłby inny placek z jabłkami, wigilijną zupę grzybową czy dzisiejsze racuchy drożdżowe (strona 492)?.

Notka na upał

zakladka
Śliczny kostium bikini, biały w zieloną krateczkę przyniosła z pracy Babcia dla Starszej Zakładki. Niezwykłej tej zdobyczy dokonała dzięki zatrudnieniu w domu towarowym na stoisku z metrażem, jak wówczas mówiono na tkaniny, a kostiumy rzucono na stoisko sąsiednie.
Starsza Zakładka, kobieta zawsze nieduża, za to z doskonałą figurą, w pewnym strategicznym obszarze została wyposażona mniej szczodrze niż reszta żeńskiej rodziny. Marszczony staniczek kostiumu zdawał się więc Babci szczególnie korzystny, miał przydawać urody w tychże obszarach pannie na wydaniu, którą to SZ podówczas była, a Babcia zastanawiała się, kto też zechce takie pięć minut, któremu krawcowa w sukienkach wiecznie dorabia zaszewki i pliski w celu zamaskowania wspomnianych niedostatków.
Starsza Zakładka doceniła prezent, a jakże, zaczynało się lato, a w Miasteczku letnie dni spędzało się nad rzeką na przystani. Nie byłaby jednak sobą, gdyby nie próbowała kostiumu udoskonalić. Cóż, Zakładki tak mają i już.
Były to bardzo wczesne lata sześćdziesiąte, jedynym słusznym kolorem dla bikini był czarny, a biało-zielona bawełna nadzwyczaj chętnie poddała się farbowaniu i Starsza Zakładka zadawała szyku wśród koleżanek na przystani.

Naturalnie kostium jest po to aby w nim pływać. Ponieważ akurat nikt z towarzystwa nie był chętny, Starsza Zakładka weszła do wody samotnie.
I pozostała tam dość długo.
Czarny barwnik postanowił bowiem opuścić kostium dość gwałtownie. Starsza Zakładka siedziała w wodzie zanurzona po szyję, obok pluskali się inni ludzie, wyjść się wstydziła, ściekająca woda tworzyła na ciele czarne strumyczki, paradowanie w takiej dekoracji wśród tłumów na przystani jakoś się jej nie uśmiechało. Usiłowała przywołać którąś z pozostających na kocu koleżanek, machała rękami, one jednak odmachiwały jej radośnie, myśląc, że w nurcie rzeki Starsza Zakładka bawi się świetnie i je pozdrawia.
Żadna nie domyśliła się, że było to desperackie wzywanie pomocy.
No cóż, w końcu, zmarznięta, zła, szczękając zębami, musiała z wody wyjść. Zsiniałe usta z pewnością pasowały do całej, poszarzałej od farbki reszty.

Pamiętnik Starszej Zakładki

zakladka
Pamiętnik Starszej Zakładki.
Format zeszytu, gruby, solidnie oprawiony w niebieskie płótno album:

Otwiera go rysunek wykonany przez właścicielkę:


Na następnych stronach liczne dowody na to, że dawniej nie tak prosto było wpisać się komuś do pamiętnika.

 
Żadne tam na górze róże sadzone kulfonami i maziaje...


Akwarele, rysunki tuszem, tempera-przedmiot mojego podziwu i zazdrości.
Zawsze wpisując się komuś do pamiętnika miałam przed oczyma te wpisy a teraz żałuję, że Starsza Zakładka nie znała w młodości nikogo, kto potem stał się bardzo, bardzo sławny.

Notka weselna kwiatowa

zakladka
Ot, tak, żeby korespondowało tematycznie z wpisem poniżej.
Było o kieckach, będzie o kwiatkach.
Bez zdjęć, bez obaw.
Ślubne bukiety w rodzinie Zakładek obarczone są chyba jakąś klątwą.
Babcia na ślubnym, wojennym zdjęciu ukrywa się za gigantycznym bukietem, w którym prawie nie ma kwiatów. Bukiet jest jedną wielką chmurą pierzastego asparagusa, tu i ówdzie widać mikre białe plamki. To czasy, gdy za dostarczenie obrzędowego zielska odpowiadał pan młody.
Gdzie dziadek uskubał olbrzymi wiecheć historia milczy, ale udało mu się zrobić z bukietu najważniejszy i zdecydowanie dominujący element ślubnej scenografii. Można rzec, że państwo młodzi są mało znaczącym dodatkiem, po prostu jakimś stojakiem podtrzymującym głównego bohatera.

Starsza Zakładka zamówiła u swojego pana młodego róże.
A otrzymawszy je, tuż przed ślubem prasnęła bukietem o ziemię.
Pan młody pognał w te pędy do kwiaciarni po następny.
-Wiesz, co mi tata przyniósł? Ogryzki takie, o! -pokazuje mi na palcach.- Jak toto złapać? Nijak nie wyglądało.
Te drugie, ponoć herbaciane, bo zdjęcie jest oczywiście czarno-białe, są zdecydowanie większe i nawet wyglądają.
Tyle, że z powodu oczekiwania na nowy bukiet ślub opóźnił się o godzinę. W międzyczasie pobrała się para, która powinna to zrobić później. Cała rodzina, która wcześniej z racji bliskości kościoła udała się tam piechotą i zajęła miejsca w ławkach, uczestniczyła nieco zdezorientowana w dwóch uroczystościach. Babcia nawet w międzyczasie wysłała do domu dziadka, aby sprawdził czy Starsza Zakładka przypadkiem się nie rozmyśłiła. Nie, spokojnie czekała po prostu na bukiet.
Pierwsze róże, odrobinę tylko sponiewierane, Starsza Zakładka dostała i tak. Pozbierał je zapobiegliwy i praktyczny pan drużba i wręczył państwu młodym po ceremonii.

Ja u swojego pana młodego też zamówiłam róże. Tylko, że miniaturowe-były w tym czasie nowością w kwiaciarniach, ja jestem nieduża, miały być w sam raz.
Był to czas podwójnego ślubowania: urzędowego i kościelnego. Bukiecik urzędowy został nabyty rankiem na ryneczku: solidna wiącha pachnącego groszku we wszystkich możliwych kolorach. Mało poważna, do kościoła ponoć nie bardzo się nadawała. Więc z kwiaciarni przyniesiono różyczki. A właściwie zapowiedź różyczek. Mikrą kępkę zielska, w którym gdzieniegdzie tkwiły pączuszki marzące o tym aby kiedyś tam zostać różami.
Błyskawicznie dokonałam przeróbki bukietu, z pomocą zdobytej u sąsiadki koronki i obciętych z domowego asparagusa liści. Bukietu jakby przybyło.

W przypadku ślubu mojej ulubionej kuzynki postanowiłyśmy nie ryzykować. Do kwiaciarni poszłyśmy we dwie, zdefiniowałyśmy potrzeby: ciepłe, żółte candeskie i czerwono-żółta gloriosa. Bukiecik miał być wesoły i optymistyczny.
Był. Tak wesoły, jakby coś zażył.
Zamarłam, kiedy panna młoda wniosła go do pokoju i spytała;
-I co teraz?
Bo wszystko niby się zgadzało, tylko nie kolory.
Candeskie były cytrynowo-żółte. Między nimi tkwiły jadowicie fuksjowe pierzaste główki gloriosy. Trzeba było zmrużyć oczy aby patrzeć na to bez bólu. Panna młoda zdenerwowana poszła wkładać suknię, a ja cóż, tradycyjnie, z pomocą zielska z ogrodu,pod presją czasu, trzęsącymi się rękoma,z dwóch bukietów; panny młodej i druhny wykonałam dwa inne.
Wyrzuconą na aut gloriosę, w objęciach ogrodowego zielska państwu młodym wręczyła wraz z życzeniami Starsza Zakładka.

Notka modowa, żeby być trendy

zakladka
Z pamiętnika Starszej Zakładki

Starsza Zakładka z Superojcem złożyli przysięgę małżeńską przed ołtarzem, kapłan dopełnił formalności i już dawno powinni byli odejść i pozwolić gościom składać życzenia, a jednak klęczeli i klęczeli.
Superojciec sugerował co prawda, że czas się podnieść na równe nogi, ale Starsza Zakładka sprawiała wrażenie, że nie zamierza go posłuchać.
Nie była w stanie.
Cienki obcas białej szpileczki, z ażurowym szpiczastym noskiem i dyskretną kokardką utknął w koronce sukni.
Państwo młodzi klęczeli więc nadal, szepty z tyłu narastały, aż babcia zorientowawszy się w sytuacji podeszła i wysupłała obcas bucika z sukienki.

Ewok, moja koleżanka z magla, twierdzi, że blog pisany przez kobietę nie posiadający wstawek modowych jest be i do niczego, więc proszę, staram się sprostać. Na moje stylizacje nie ma co liczyć, ja się prozaicznie i nieefektownie ubieram, dlatego prezentuję całkiem modną i na czasie sukienkę ślubną Starszej Zakładki:


Szerokość w pasie: 32 cm. Pomiar dokonany po rozłożeniu na płasko. Koronka jest cieniutka, bawełniana, zupełnie się nie rozciąga, zwinięta mieści się w garści.  Można sobie wyobrazić z jakim chucherkiem żenił się Superojciec, pod wierzchnią koronkową warstwą była jeszcze dość sztywna lekko połyskliwa halka.

Jak to możliwe, że ślubna suknia jest czarna?
No cóż, praktyczna Starsza Zakładka po prostu szybko ją obcięła i ufarbowała, uzyskując sukienkę wizytową.
Mimo, że sukienka przetrwała w stanie idealnym a fason i tkanina są ponadczasowe, to ani ja, ani Zakładeczka nie miałyśmy z niej pożytku. Ja ostatni raz upchnęłam się wewnątrz gdzieś na skraju podstawówki-okazja do pokazania się w takiej kreacji światu wtedy nie zaistniała. Zakładeczka chyba nigdy nie miała szans próbować, tu też zanim zaistniała potrzeba, nie było już możliwości.

Mnie przydał się połowie lat osiemdziesiątych obcięty kawałek koronki, który zachował pierwotny biały kolor.
Granatową sukienkę na studniówkę zdobyła dla mnie Starsza Zakładka. Podczas wyprawy do stolicy kupiła ją w jednym z dyktujących wtedy modę sklepów, dziś byłby nazwany pewnie butikiem, w słynnych pawilonach na rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej, w których to rzędami wisiały prawie jednakowe kreacje, szyte w firmach zwanych wtedy prywatnymi inicjatywami. Sukienka była kupowana oczywiście beze mnie, nie były to czasy, gdy rzecz musiała szczególnie pasować, grunt, żeby w ogóle była.
Więc sukienka była, ważne że w dyktowanym przez okoliczności kolorze, nawet niebrzydka i miała tylko jeden poważny feler: ohydny, beżowy karczek z połyskliwego materiału, zwanego całkiem niezasłużenie "szermezą", który to materiał na szczęście przeszedł szybko do modowej historii i oby nigdy nie wrócił...
W każdym razie estetycznie karczek był nie do akceptacji i również praktyczna Zakładka spędziła wieczór w towarzystwie maszyny do szycia firmy Łucznik dokonując uszlachetnienia  sukienki z pomocą maminej ślubnej koronki.
Całkiem udanie. Studniówkowa sukienka też potem pełniła funkcję wizytowej, zanim przeszła do historii, więc jej nie zobaczycie.
Sam karczek, starannie wypruty, czeka w jakiejś szufladzie, nie wiadomo, czy się na coś kiedyś nie przyda...

© Czterdziestka na czereśni
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci