Menu

Czterdziestka na czereśni

Miło by było, gdyby życie składało się przeważnie z przyjemności. Ale że tak nie jest, więc każda samotna po-czterdziestka powinna mieć swoją czeresienkę. Z jej czubka świat wygląda inaczej i można pogodzić się z niektórymi rzeczami. Ponieważ sezon na czereśnie jest krótki, to ciągle szukam ich ekwiwalentu. Niektórzy twierdzą, że to folia bąbelkowa.

Wszystko

1032 Notka refleksyjna

zakladka

Gdyby istniał patent na przenoszenie poukładanych w zdania myśli od razu do pliku, bez pośrednictwa rąk i klawiatury,  to byłby jeden z najbardziej zapisanych blogów na świecie.

Nie, żebym tak dużo myślała i nie, żeby to od razu musiało być z jakimś niewiarygodnym pożytkiem, bo już teraz znacznie więcej osób zapisuje swe 'drogocenne' myśli zamiast czytać innych, ale przyzwyczajona do myśli, że ktoś gdzieś wyłowiwszy Zakładkę z odmętów internetu jednak tu zagląda, jako człowiek dość obowiązkowy, chciałabym coś z przyzwoitą częstotliwością napisać.

Tak więc podczas rozmaitych prozaicznych czynności, które wypełniają mój czas między tymi koniecznymi a nieprozaicznymi, a które zwalniają jakiś pułk szarych komórek, które mogę posłać do boju w celu sformułowania chyba logicznego zdania, układam sobie milion siedemset tysięczną notkę w nadziei, że jednak doniosę ją w pamięci do chwili, gdy i ręce będę miała  wolne.

Próżna nadzieja. Mimo, że jesteście tą grupą ludzi, z którą w ten wirtualny sposób rozmawiam ciągle, to nie macie szans na dowiedzenie się, co właściwie miałam wam do powiedzenia...

W piątek w drodze do pracy zastanawiałam się, kiedy kwitły czeremchy i jakim cudem to przeoczyłam. Potem podniosłam głowę znad drogi i zaprzestawszy podziwiana głębokich dziur i obmyślania źródła, z którego należy pozyskać kasę na tłuczeń do ich zasypania odkryłam, że czeremchy wzdłuż drogi nadal mają jeszcze pączki, więc zakwitną lada chwila. Przyznam, że drobne to odkrycie ucieszyło mnie niezmiernie, bo to znaczy, że jednak są jakieś fajne rzeczy, które mnie w życiu nie ominą z powodu zajmowania się firmą i rodziną.

Zakończywszy produkcję dziur podłużnych z dziurami naprzeciwległymi oraz naprzemianległymi muszę zdobyć teraz zapachajdziury do zatkania  dziury w budżecie.

Dziura ta jest w tym roku dość imponująca, bo spełniłam jedną ze swych kosztownych zachcianek. Zmieniłam nadzorców. A co, kto boga..eee, mi zabroni ?

Istota Najwyższa oszczędziła mi w swej łaskawości  koszmaru bezsenności, dając zdolność zasypiania snem głębokim nawet w obliczu dręczących zmartwień. Prawdziwie koszmarny sen, choć rozgrywający się w bajkowej scenerii który zapamiętałam, bo zwykle snów nie pamiętam i nie przywiązuję do nich wagi, przyśnił mi się do tej pory raz jeden, a uczucie panicznego, śmierdzącego strachu, które mu towarzyszyło wymieniam jako jedno z najgorszych doznań w życiu.

Nie towarzyszył mi do tej pory sen, znany  podobno ogromnej większości ludzi; komisja maturalna lub egzaminacyjna, przed którą stoją z totalną pustką w głowie, nie potrafiąc wykrztusić ani słowa.  I nagle zaczęły pojawiać się w moich snach, ze stałą regularnością, panie nadzorczynie w charakterze takowej komisji.  Nie lubię być niewyspana. Za którymś razem przyśniło mi się, że wstaję i dziękuję wysokiej komisji za współpracę, trudno. I firmę proszę opuścić. Natychmiast. Ale już. Co też obie panie natychmiast uczyniły, nie mając wyjścia, bo to był mój sen. Obudziwszy się rano z uczuciem szczęśliwości absolutnej, lżejsza na duszy o senne kilka kilo, przypomniałam sobie, że moc takową, moc wyrzucenia ich z firmy, mam i w realu. Co też uczyniłam, bo to mój real.

Niestety, małych niebieskich pakiecików również nie wolno zawijać bez pozwolenia. Nie pozostało nic innego, jak przewrócić cała firmę do góry nogami, napisać nowe procedury, zmodyfikować formularze, zaktualizować instrukcje, na nowo przydzielić obowiązki personelowi i przenieść trzy magazyny zamieniając je miejscami. Słowem, odświeżyć 400 metrów kwadratowych powierzchni i przeprogramować wszystko w firmie, łącznie z wpisem do ewidencji działalności. Ostała się jeno instrukcja mycia rąk przy umywalce przy wejściu do działu produkcji i część produkcyjnego personelu.

W ten zmieniony wystrój wnętrz pozostało już tylko bohatersko zaprosić nowych nadzorców. Przyszli, popatrzyli, zostali zwyciężeni. Personel produkcyjny radośnie wrócił  na stanowiska świstaków i bezpiecznie zawija, bez narażania zdrowia i życia własnego i klientów.

Superojciec cierpi, fundując mi ze trzy razy dziennie seanse niezadowolenia; nie sprostałam ambitnemu dziurotwórstwu. Biorę poprawkę na jego pretensje: kilkanaście lat temu, gdy przejmowałam stery firmy na końcu drogi w tej branży w Polsce działało około trzydziestu firm i ani jeden międzynarodowy koncern. Potem wszyscy zaczęli się wykruszać. Na kolejnych branżowych szkoleniach, na których wszyscy znali się już jak łyse konie, dzieliliśmy się wieściami o tych, którzy poddawali się w kolejnych miesiącach. Dziś działają same koncerny i już tylko dwie firmy, podobne do naszej. Sorry, taki mamy klimat. Nie zatrudniam armii ludzi, którzy w koncernach pracują nad spełnieniem wymagań standardów,  wyśrubowanych w komisjach europejskich pod dyktando tychże koncernów, starannie dbających, aby malusieńkie firemki z końców dróg nie pętały się im się pod nogami. Ja te standardy dzielnie wypełniałam sama, ale mam jedno życie, którego celem niekoniecznie jest bycie ekspertem  dziurotwórstwa, takim wystarczającym za kilka potężnych działów. Twardo, nie daję się Superojcu, doceniona przez byłych nadzorców, którzy zaproponowali mi stanowisko eksperta, a ja odmówiłam, dziwiąc się ich niekonsekwencji: wszak przez te lata wiecznie byli niezadowoleni z osiągnięć firmy.

Dzwonią rozczarowani byli klienci. Nagle zrobiliśmy się niezbędni do życia i tak bardzo potrzebni. Gdyby firmy miewały pogrzeby, te wszystkie ciepłe słowa mogłyby paść na naszym i byłaby to piękna i wzruszająca uroczystość. Gdyby miewały nagrobki, na swoim moglibyśmy wyryć, że byliśmy wspaniali.  Pocieszam ich, że przecież nadal żyjemy, zamiast dziur będą teraz pracować na niebieskich pakiecikach naszej marki. Słyszę słowa uznania, a jeden światły pan profesor, polska sława w swojej dziedzinie, zadzwonił osobiście, nie wierząc w pogłoski o końcu firmy na końcu drogi, aby podziękować i pobłogosławić na resztę zawodowego życia. Podobno zasługuję na wszystko, co najlepsze.

Więc poprawiłam koronę i zasuwam. Teraz sprzątam pozostałości po dziurach, a nie jest łatwo posprzątać 40 lat niejednego życia.

Nowe ruszyło, zapchajdziura powoli rozkręca się i rozpycha na zwolnionej powierzchni. Do pracy ruszyli Brat i Misiasty, którzy do tej pory nie znajdowali swojego miejsca wśród skomplikowanych i wymagających dziur.

Teraz w roboty nie chodzi tylko Ruda, nie wiedzieć czemu niezadowolona z "nikogoniemawdomu" , choć przecież może wylegiwać się na każdym z niezajętych foteli.

Bo nigdy jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było, nie?

 

1031 Notka -chyba-wiosenna

zakladka

Koniec drogi pozieleniał, mimo cało zimowych starań rogatego sarenka, który z determinacją forsował płot aby podjadać wszystko, co jeszcze było zielone.

I zaraz po tym, gdy poskręcane ogryzione kikuty zaczęły wypuszczać młode listki wszystko pokryło się bielą i nei była to biel oczekiwanych czereśniowych kwiatków.

czereniapodniegiemCóż, czereśni w tym roku nie pojemy, dobrze, że pani F. dba o stały zapas folii bąbelkowej w magazynie.

To wszystko przez Pana_sąsiada_od_pogody, który całkowicie zaniedbał swoich obowiązków i nie dostarczył rytualnego, pojawiającego się corocznie na mojej drodze do pracy i na blogu zwiastuna wiosny: aromatyczna kupa gnoju przeszła do historii. Przestała być potrzebna, pan sąsiad wybrukował ostatni kawałeczek swojego ogródka.

Moja droga do pracy i ewentualnie z pracy o ile zahaczam o sklep spożywczy, to razem jakieś 120 posesji. Od stycznia zniknęły z nich 43 drzewa. Przybyło jedno, najbliżej mieszkający sąsiedzi wysadzili na trawniczek przechowywaną od świąt choineczkę, trzymamy kciuki, żeby się przyjęła.

Małe niebieskie pakieciki ocalały-zmieniłam nadzorców. Przyszli, ocenili, wygląda na to, że są na tak, ale na ostateczny papier poczekamy jeszcze ze trzy tygodnie, wtedy będę mogła odetchnąć a ze mną żeńska część załogi, bo to ich miejsca pracy.

Męskiej części już nie ma, pan Operator przestał być potrzebny, bo zwyczajnie nie robimy dziur. Pożegnaliśmy się po kilkunastu latach pracy.  Trochę żal, wciąż mam nadzieję, że to dobra decyzja. Dla mnie, ja zyskałam trochę czasu, pan Operator jednak cały trzymiesięczny okres wypowiedzenia, o którym od ponad pół roku wiedział, że nadejdzie, obnosił się po firmie z ciężkim fochem, co spowodowało, że koleżanki pożegnały go z ulgą...

Zmiany, zmiany, zmiany i sprzątanie pozostałości zabierają cały czas. 

 

 

 

 

1030 Notka wbrew pozorom niesłychanie poważna

zakladka

Na kasowej taśmie jadą w stronę pani kasjerki kupione przeze mnie środki czystości. Na końcu podaję jej ostrożnie dwa płaskie mopy i dodatkowe drewniane kije.

-I bukiet, proszę! Z okazji Dnia Kobiet-rzucam sarkastycznie.

-O, jaki pomysłowy! - cieszy się stojący za mną pan.

Obrzucam pana ciężkim spojrzeniem i w duchu zaczynam przepraszać kobietę, prawdopodobnie istniejącą w życiu tego pana, za podsuniecie mu pomysłu na poziomie gimbazy.  Pani kasjerka wzdycha i dorzuca swoje spojrzenie. Płacę, zarzucam na ramię ciężką torbę i zaczynam zbierać moje kije, zastanawiając się czy wypada trafić nimi w pana, a potem złożyć reklamację, że ja do mopa chciałam, nie samobije...

-Da radę? -pyta pan, cofając się z lekka.

-KOBIETA nie da rady? -rzuca pani stojąca za panem.

-Głupie pytanie-podsumowuje pani kasjerka.

Bez wątpliwości spotkamy się w środę na głównym placu Miasteczka ubrane na czarno, żeby sobie feministycznie histeryzować w obronie naszych praw, które ponoć są prawami człowieka. Tyle, że mężczyźni to w większości inny jego gatunek.

1027 Notka w przewidywaniu rebelii

zakladka

Ruda już dawno przestała być moim kotem, zbyt rzadko bywam w domu, aby warto było mnie tresować do otwierania drzwi, sypania koralików i wszystkich innych, wymaganych przez kota aktywności ludzkich. Nawet porządne obiady gotuję teraz rzadziej, więc nie ma sensu ocierać się o moje nogi, gdy staję przy desce do krojenia.

Moją nieprzydatność trzeba było sobie jakoś skompensować: reszta rodziny jest doskonale tresowalna i bez większego wysiłku osiąga się właściwy cel. Panowie są absolutnie nieodporni na miauki, wystarczy nawet pół jęknięcia i służą...

-No co kicia? Chcesz mleczka?- zapytał Brat, zaraz po usłyszeniu krótkiego miau! w trzy sekundy od momentu, gdy otworzył drzwi. My obie w ciszy spędziłyśmy co najmniej godzinę. Posłusznie podreptał do lodówki, wyjął mleko, nalał...

-No widzisz, ty to masz mleczko, a kot prezesa nie pije-podsumował lecz Ruda ową uwagę zignorowała.

 

Trzy dni później:

-Wiesz, sprawdziłem, ona nie powinna pić mleka.

-Taaak? I przestaniesz jej dawać?

-No właśnie...-zafrasował się Brat, bo Ruda potrafi niemal siłą zawlec człowieka do lodówki i dni, które zdarzają się wyjątkowo rzadko, w których jakimś cudem brak w niej mleka są ciężkie do przetrwania. W domu może nie być chleba, zapałek i papieru toaletowego, ale po mleczko Brat uda się do sklepu nawet w święto narodowe. 

-Właśnie. Już sobie wyobrażam te marsze kot-u przed lodówką. Ryzykujesz?

-Nie-padła krótka i zdecydowana odpowiedź.

1026 Notka zdezorientowana

zakladka

W poczekalni u dentysty na dwóch kanapach czeka kilka osób.

Przez szklany blat stolika widać rozłożoną na półeczce prasę, której lektura powinna nam umilić czas oczekiwania.

Odruchowo sięgam w tym kierunku. Zaskoczenie,  bo nie znajduję tradycyjnych w takich miejscach zaczytanych  numerów kolorowych pisemek, niesłusznie zwanych kobiecymi. Ale Pan dentysta najwyraźniej uwzględnia dualizm poglądów społeczeństwa i dba o dobre samopoczucie każdego z pacjentów, niezależnie od poglądów.

Do wyboru mam prasę zarówno z wizerunkiem wybuchającego samolotu, jaki i obliczami posłów opozycji.

Trudno jednak podjąć decyzję.  Nikt z czekających w kolejce nie czyta, za to wszyscy z napięciem wpatrują się na zmianę: w blat stolika lub twarze pozostałych czekających.

© Czterdziestka na czereśni
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci