Menu

Czterdziestka na czereśni

Miło by było, gdyby życie składało się przeważnie z przyjemności. Ale że tak nie jest, więc każda samotna po-czterdziestka powinna mieć swoją czeresienkę. Z jej czubka świat wygląda inaczej i można pogodzić się z niektórymi rzeczami. Ponieważ sezon na czereśnie jest krótki, to ciągle szukam ich ekwiwalentu. Niektórzy twierdzą, że to folia bąbelkowa.

Cała wstecz

Po kim on to ma?

zakladka
W parku zachrzęściły mi pod nogami małe, zielone, puszyście najeżone owocki kasztanowca, którym nie dane będzie dojrzeć...

Wakacje po siódmej klasie, dawno, dawno temu, ten sam park.
Tydzień siedziałyśmy w cieniu na ławce pod kasztanem, ja i Gośka, czekając na wyjazd na kolonie i pilnując naszych młodszych braci, pierwszoklasistów.
Zbieraliśmy takie same, małe, zielone kasztanki.
Kasztanki zostały skrupulatnie przeliczone, co do sztuki i po kilka tysięcy zapakowane w plastikowe torby. Kilka toreb, jakaś niewiarygodna ilość kasztanków.
Ostatniego dnia przed wyjazdem poszliśmy nad rzekę i w kilka chwil wrzuciliśmy je do wody, ciskając całe garście, już bez przeliczania.

Człowiek szybciej zapada na autyzm nabyty, jak ma dobre zadatki.

Snucie o osnuciu

zakladka
Dziwnych historii o dzieciach tyle, ile dzieci i rodziców, którym chce się je opowiadać.
Zawsze się zastanawiam, czy kogokolwiek to interesuje, poza samym podmiotem historii, o ile na danym etapie życia nie uznaje jej za szczególnie kompromitującą oraz tej historii świadkiem, na etapie życia, w którym wspomina się cokolwiek z czasów, gdy było się pięknym i młodym.

Byłam i ja, więc zaryzykuję.

W przypadku historii o dziecku nietypowym zawsze się zastanawiam ile w niej nietypowości a ile po prostu dziecka? Wszak wszystkie dzieci są nietypowe zanim zrobimy z większości typowych dorosłych.
W przypadku Misiastego rozeznanie tracę zupełnie, jako funkcjonująca z autyzmem nabytym zbyt wiele historii uznaję za typowe, choć postronnym wydają się nietypowe.
Uwaga: demaskuję Misiastego!

Obrazek potwierdza obiegowy stereotyp, że autystyczne dzieci ładne są i nic po nich nie widać, ale szkód nie powinien narobić, ze słodkiego blondynka o niebieskich oczach, w dodatku bez protestu przywdziewającego różową (!) piżamkę, niewiele zostało...
Nie uroda jest jednak na zdjęciu najważniejsza, ale te cienkie niteczki. Pośrodku splotu niteczek siedzi wielki, włochaty, gumowy pająk, obok polatuje wielka, brzydka, plastikowa mucha i nietrudno zgadnąć po czyjej stronie jest sympatia chłopczyka w różowej piżamce. 
Nieduży Misiasty zainteresowany był wszystkim, co większości ludzi wydaje się piękne inaczej: robalami, owadami, gadami, a ze ssaków wyłącznie nietoperzami. I tak mu zostało. 
Z trzech żyjątek widocznych na obrazku jedno posila się drugim, a trzecie tak jest dumne z tego, że posiłek zorganizowało, że nawet z tej okazji patrzy w aparat.
Bo, proszę państwa, nie ma przecież mowy o tym, aby pająk, choćby plastikowy, mógł przeżyć bez muchy: nie ma, że to tamto, że spożyje na niby. Krew ma wyssać, czy tam inny płyn, co to go mucha ma w środku, w sposób maksymalnie dokładnie imitujący rzeczywistość. Skoro już mamy pająka, dbamy o jego prawidłowy rozwój i budujemy mu środowisko naturalne adekwatne do potrzeb. A pająki, wiadomo, snują sieci. Sieć podstępem zwiniętą przez matkę, po udaniu się osnuwacza na spoczynek, rozwijamy natychmiast o poranku. Codziennie, przez długie, długie tygodnie.
Nic to, że osnuwamy mieszkanie CAŁKOWICIE, nic to, że reszta rodziny pełza nad i pod niteczkami, nie otwiera szuflad, do których uchwytów przytwierdzona jest pajęczynka, nic to, że niektóre pomieszczenia stają się zupełnie niedostępne. Jeśli już musimy pajęczynę chwilowo zwinąć, to natychmiast odtwarzamy ją w innym miejscu. W domu Starszej Zakładki w jeden weekend dokładnie spowijamy niteczkami klatkę schodową i oczekujemy, że dekoracja owa powisi tam do następnego naszego przyjazdu, w nie wiadomo który weekend.
Wisiała.
Pająk, mucha oraz pozostałe paskudztwa w całkiem sporej liczbie, świadectwo tego, jak wielkiego wsparcia udzieliłam chińskiemu przemysłowi zabawkarskiemu, do dziś zasiedlają wielkie kartonowe pudło w piwnicy. Nie ma mowy, aby którekolwiek gumowe brzydactwo dało się wysiedlić: Misiasty pamięta każdą swoją zabawkę.
Szczęściem już ich nie karmi.
Za to nadal ma problem z pojęciem modelu: jak to, lokomotywa z papieru, plastiku i folii nie będzie jeździć napędzana gorącą parą, powstałą w wyniku podgrzewania prawdziwej wody, za pomocą ciepła wytwarzanego w wyniku spalania prawdziwego węgla?

Obrazek do kolorowania

zakladka
Nie pasowali do kolorowego, niedzielnego tłumu w Zoo.
Oboje dobrze po czterdziestce.
On wysoki,przystojny, ubrany był w białą koszulę z krawatem i garnitur, ona w spokojną, granatową garsonkę i czarne czółenka, jakby przed chwilą porzuciła jakieś biurowe zajęcie. Na pierwszy rzut oka wyglądali na parę na jednej z pierwszych randek, już trochę ze sobą oswojoną, lecz jeszcze potrzebującą pomocy w postaci zajęć, pomagających ukryć początkową sztywność i skrępowanie. Szli bardzo blisko jedno przy drugim, trzymając się za ręce.
Na drugi rzut oka...
Jego marynarka przez cały czas zapięta była na wszystkie guziki, szedł wyprostowany, patrząc przed siebie. Wolno przechodzili do jednego wybiegu ze zwierzakiem do drugiego, nie rozmawiając,niczego sobie nawzajem nie pokazując. To ona za każdym razem, po pewnym czasie przeznaczonym na oglądanie, robiła pierwszy krok i pociągała go dalej. Ani na moment nie wypuścił jej ręki. Usiedli na ławce, ona z małej czarnej torebki wyjęła kanapki opakowane w papier, on przeżuwał bez emocji gapiąc się na żyrafę.
Przy terariach znaleźli się tuż za nami. On się nagle ożywił,stanął i zaczął komentować.
-Żółw. Co on robi? Jak się wspina. Żółw się wspina? Dokąd on idzie? Tam jest ściana. Żółw nie widzi ściany? Po co on idzie na ścianę? Basiu, po co on tam idzie? Powiedz mu żeby nie szedł na ścianę. Basiu powiesz żółwiowi, żeby nie szedł na ścianę?
Basia spokojnie stała obok, nic nie mówiąc, cierpliwie czekała.
Przecież w kolorowym tłumie z dziećmi była na miejscu.

Pisanina o pisaninie

zakladka

W „Emancypantkach” Bolesława Prusa jest scena, w której stary Major przychodzi do niechcianego już zalotnika panny Efemii i prosi go o zwrot zbyt pochopnie danych materialnych dowodów, hmm, uczucia, oraz pisanych przez pannę listów i jednocześnie zwraca mu jego listy.
Niezwykle przytomne posunięcie-kiedy to należy podczas zrywania niechcianej znajomości natychmiast, zanim siadający na koszu ochłonie, pozbawić delikwenta wszystkich ewentualnych dowodów, które to mogą być użyte przeciwko tobie.
Na szczęście nie wszyscy tak postępowali i takie dowody miłości, nawet nieszczęśliwej,  przewiązane wstążeczkami spoczywały później w niejednej kasetce ze wspomnieniami młodości, zatem to okrutne pozbawiać kogoś części jego wspomnień lub bądź co bądź, dowodów głupoty.
Niechciany zalotnik panny Eufemii, którego najgorszą wadą było bodajże nazwisko, które mogło się nieapetycznie kojarzyć, listy te oczywiście bez mrugnięcia okiem zwrócił. Dał tym samym dowód, że jest człowiekiem honoru, czegokolwiek obiecanego mu w tych listach egzekwował nie będzie, a już użycie treści przeciwko osobie autorki, choćby i była kompromitująca, na drodze upublicznienia korespondencji, do głowy by mu nie przyszło. Dla obu stron było to i tak oczywiste i bezdyskusyjne a mimo to o zwrot listów poproszono.

No niestety, było to dawno temu, kiedy słowo pisane i siebie ludzie traktowali z większym szacunkiem. Dziś w dobie korespondencji elektronicznej, kiedy napisanie listu a zwłaszcza jego wysłanie jest procesem o ileż mniej skomplikowanym, takiej dbałości nie ma.
Zresztą o zwrot czego dziś panna mogłaby poprosić ? Jak zapobiec możliwości kompromitacji , bo przecież dziś o to znacznie łatwiej, niż dawniej. W końcu może się okazać,  że osobnik, z którym prowadzimy korespondencję nawet jeśli nazwisko ma melodyjne, to poczucia przyzwoitości żadnego i zbyt łatwo korzysta z klawiszy kopiuj-wstaw- wytnij w celu wyegzekwowania czegokolwiek czego mu nigdy nie obiecywaliśmy.

W dodatku, jeśli ktoś ma nawyk czyszczenia skrzynki nadawczej i odbiorczej to nawet wstążeczką nie ma czego przewiązać, aby potem poczytać i wspominać ku przestrodze.
Ale może to i lepiej, w końcu archiwizaji warte jest pisanie nie pisanina.

© Czterdziestka na czereśni
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci