Menu

Czterdziestka na czereśni

Miło by było, gdyby życie składało się przeważnie z przyjemności. Ale że tak nie jest, więc każda samotna po-czterdziestka powinna mieć swoją czeresienkę. Z jej czubka świat wygląda inaczej i można pogodzić się z niektórymi rzeczami. Ponieważ sezon na czereśnie jest krótki, to ciągle szukam ich ekwiwalentu. Niektórzy twierdzą, że to folia bąbelkowa.

Prototypy

Kawa po stolarsku

zakladka

Misiasty po strasznie długiej nieobecności w szkole, z nieopisanym trudem jest w stanie zaakceptować fakt, że znów musi do niej pójść.

Pochorował się zaraz na początku grudnia, potem tuż przed światami „nie opłacało mu się pójść do szkoły , prawda?”, więc nie było go tam prawie miesiąc.

Kiedy w poniedziałek rano zadzwonił budzik i kazałam mu wstawać, stwierdził:

-Przecież jest ciemno!

Fakt, ale nie powstrzymało mnie to od wyciągnięcia go z łóżka i posłania do szkoły, choć już od piątku sugerował, że może jeszcze trochę, że muszę porozmawiać z Panem od Stolarstwa, że coś tam i coś tam...Kilkakrotnie , przez całe trzy dni upewniał się, czy zdania nie zmieniłam i czy aby na pewno szkoła w dalszym ciągu aktualna.

W końcu odesłany do kalendarza z rezygnacją przyjął fakt, że do ferii jeszcze sześć piątków...

Poszłam i porozmawiałam z Panem od Stolarstwa, bo ostatnio pan skarżył się na Misiastego, że go na lekcjach „nosi”, a Misiasty na Pana, że w pracowni hałas.

Hałas faktycznie Misiastego rozprasza, denerwuje, najchętniej w cichym kątku uprawiałby swoją twórczość, a tu szlifierki, wyrzynarki i itp. w użyciu.

Przy okazji odkryłam jednak przyczynę, czemu Misiastego tak „nosi

W pracowni jest przerwa na śniadanie, a  podczas tej przerwy można napić się składkowej, trzymanej w szafce u Pana, kawy.

W domu Misiasty jest oszukiwany z premedytacją, w pojemniku z napisem „kawa” umieszczona jest stara dobra INKA, a nigdy mu nie przyszło do głowy, aby zagłębić się w napisy na opakowaniu. Jednak w pracowni kawa jest prawdziwa, Pan od Stolarstwa raczy się płynem, po którym ja pewnie dopuściłabym się jakiejś krwawej zbrodni w konsekwencji  utraty poczytalności- wiem , bo mi kawę zaproponował, a ja interweniowałam na etapie przyrządzania.

Znając Misiastego brak hamulców i chęć do popisywania się, prawdopodobnie udowadniał kolegom, że jest wstanie wypić kawę mocną...A nawet mocniejszą.

Karmienie sępa

zakladka

Starsza Zakładka od jakiegoś czasu marudzi żywieniowo.

To co jest jej nie smakuje, narzeka, że nie ma w domu nic, co chciałaby zjeść, ale i nie wie, co mianowicie musiałoby być, aby zechciała to zjeść. Jednym słowem: nawet, jeśli ucieknę jakimś cudem od odpowiedzi napytanie ”co na obiad?", to i tak muszę się nagimnastykować nad odpowiedziami, co by tu na śniadanie, kolację i w międzyczasie.

A do tego ostatnio jakoś nie bardzo mam czas na łowy i wymyślanie ekskluzywnej zawartości listy zakupów, nie mówiąc o środkach na ich realizację , nawet gdybym pogoniła moje szare komórki do kreatywnego myślenia w tym zakresie.

Efektem braku czasu, pomysłowości i kasy jest samotność światełka w lodówce i marudzenie Starszej Zakładki.

Dziś już koło siedemnastej pytała mnie, co ma zjeść na kolację. Wiedząc, że w lodówce jest tylko coś do smarowania chleba i  serek topiony, udałam, że nie słyszę, zresztą byłam chwile po spożyciu obiadu, więc i tak nie zmusiłabym mózgu do wymyślenia menu kolacyjnego.

O godzinie osiemnastej Starsza przypomniała mi, że zaraz zacznie się robić głodna a nie ma nic do jedzenia.

Przeczesując w myśli zasoby kredensu i piwnicy rzuciłam na bazie posiadanych zapasów kilka pomysłów. Nie były może olśniewająco odkrywcze, ale były a Starsza tylko nosem kręciła, to nie, tamto nie.

Parę minut po dziewiętnastej oświadczyła: głodna jestem!- patrząc na mnie znacząco.

-To zjedz coś- odparłam.

-Ale nie ma nic do jedzenia-stwierdziła Starsza.

-To może puszkę z rybami ci otworzę? –ponownie sięgnęłam w myślach do czeluści kredensu, gdzie takie rarytasy czekają na czyjeś poważne zgłodnienie.

-Albo sałatkę z tuńczyka zrobię?- to był pomysł na bazie kolejnej puszki z żelaznych zapasów kredensu, który wygenerowałam po zapoznaniu się z miną Starszej.

- Omlecik ci usmażę?- rzuciłam rozpaczliwie.

Nic z tego, po kluskach na obiad Starsza Zakładka odmówiła kolejnego mącznego dania.

Westchnęłam ciężko i z rezygnacją wyciągnęłam się na kanapie, aby odpocząć po trudach odkurzania dywanów i myciu podłogi w naszym naprawdę dużym pokoju.

-To ja już nie wiem co ci zaproponować! Marudzisz!- stwierdziłam, mając nadzieję, że zaraz zajmie się oglądaniem „Barw szczęścia”, bo właśnie sadowiła się obok mnie w fotelu przed telewizorem i zapomni o kolacji.

Nic z tego, w telewizorze jedli. A jak jedli, to Starsza  zauważyła natychmiast, że ona nie je, a powinna, bo jest głodna. Oświadczyła, że na takich jedzących ostatnio patrzeć nie może, bo ona nie ma co jeść, a oni mają i cokolwiek by to nie było, ona robi się głodna. Kontynuując stwierdziła, że do niedawna jedzenie w telewizorze jej nie przeszkadzało, za to chciało jej się pić, kiedy w telewizorze pili,  płynęła rzeczka albo siąpił deszczyk, czyli pokazywali cokolwiek mokrego.

-A nie mogłabyś wrócić do tego wariantu?- zapytałam.

-Nie-odpowiedziała twardo i słodko spytała:

-A ty co będziesz jeść?

-Nic. Nie jestem głodna- odparłam.

-Ale będziesz. Poczekam-stwierdziła sucho, patrząc na mnie, leżącą, z góry.

 

Po dwudziestej, po kolejnym spojrzeniu Starszej Zakładki, poczułam się  jak odrobinę nieświeża padlina, na którą czyhają sępy,  zrezygnowana podniosłam się z kanapy, podreptałam do piwnicy, wyciągnęłam słoik z konserwowaną własnoręcznie papryką i przyrządziłam Starszej Zakładce kanapki z zapasowym pasztetem z puszki i papryką.

-No widzisz, jednak potrafisz-stwierdziła i zażądała herbaty.

Oczywiście zjadłam razem z nią. Gdyby ktoś pytał, gdzie jest moja talia, to powiem, że  Starsza Zakładka zjadła ją na kolację o dwudziestej.

Jabłonka z pomponikiem

zakladka
Dziś rano w drodze do pracy minęłam starą jabłonkę, która jest panią i  punktem centralnym pewnej niezamieszkanej  posesji.
Jeszcze w piątek wyglądała pięknie, cała obsypana czewoniutkimi, apetycznie świecącymi zza płotu jabłuszkami, wyraźnie widocznymi na gałęziach pozbawionych liści.
Dziś jabłka leżą na trawie, na drzewie dynda samotnie już tylko jedno, ostatnie, malutkie na najdalej wysuniętej cienkiej gałązce, niczym pomponik na dziecięcej czapeczce.
No to chyba przyjdzie zima...

Co pamiętają ściany?

zakladka

Wczoraj malowałam kolejne ściany domu, futryny, wbijałam kołki, żeby powiesić obrazki. Dopieszczałam swój dom. Ma nam być tutaj dobrze, mamy się czuć bezpieczni, mamy lubić dom a on nas. Oczywiście, że można żyć bez własnego kubka w kwiatki i wygodnego fotela ale przecież lepiej z nimi, nie?

I podczas tych prac przypomniało mi się zdarzenie, najbardziej niesamowite uczucie, jakiego doznałam w życiu. Do dziś mimo upływu kilku lat wyraźne jak żadne inne. Zapamiętane dokładnie bo nie zrozumiałe wtedy, dziwne wydaje mi się i dzisiaj.
Otwieram drzwi mieszkania po powrocie z wakacji. Nie było mnie kilkanaście dni. Pod pachą mam pakunki, za mną dzieci z plecakami. Wchodzę do środka, bagaże zwalamy w przedpokoju. I nagle stwierdzam, że coś jest nie tak. Staję na środku pokoju i nie mogę oddychać. Moje mieszkanie zachowuje się jakby mnie nie lubiło, jest złe, że wróciłam. Czuję wrogość, nie mam pojęcia co się dzieje. Jakby obok stało coś, co chce mnie zaatakować. Bzdura, jest słoneczne popołudnie, mieszkanie jest puste, posprzątane i takie jak je zostawiłam, a ja czuję się jak bohaterka horroru. Rozglądam się dookoła, wszystko na swoim miejscu, nikt niczego nie przestawił, nie ruszał. Przecież nawet po powrocie z najlepszych wakacji człowiek stwierdza, że w domu najlepiej. Zawsze otwieram drzwi z radosną ciekawością jak spojrzę na urządzane wnętrza na mój DOM po przerwie, lubię wracać. Jednak teraz w powietrzu jest dziwne coś, pełne niechęci, czuję się bardzo źle. Dzieci odkrywają kąty na nowo, stęsknione wyciągają stare zabawki, które nagle zrobiły się nowe, biegają, one nie czują i nie widzą niczego dziwnego. A mnie boli skóra, ciężko mi się poruszać, jakby powietrze było gęste jak woda. Zaczynam chodzić, oswajać przestrzeń na nowo, zidentyfikowałam tę nienawiść i robię wszystko, żeby ją przełamać. Głaszczę meble, zaczynam gadać do kwiatów, otwieram okna, ścieram kurze, krzątam się i to wszystko złe rozwiewa się i znika. Znów po kwadransie jestem u siebie, to jednak moje mieszkanko, wyczekane, kupione po latach wynajmowania, pierwsze własne metry kwadratowe, o których mówiłam, że chcę się na nich zestarzeć.

Pamięć tego popołudnia jest we mnie, ilekroć wracam po dłuższej nieobecności i otwieram furtkę domu, w którym mieszkamy teraz. Sprawdzam co czeka na mnie za furtką. Na szczęście nigdy nie spotkało mnie takie uczucie jak wtedy, nadal wchodząc do ogrodu wchodzę w strefę spokoju, świat zostawiam za sobą.
Nie wierzę w duchy, nie pasjonują mnie zjawiska paranormalne, nie tropię cieków wodnych i zawsze kategorycznie stwierdzam, że absolutnie nie życzę sobie kontaktów z innym wymiarem. Nie posiadam czegoś takiego jak kobieca intuicja...
A jednak; dwa lata po opisywanym zdarzeniu, spotykam dawno niewidzianą koleżankę. Pleciemy sobie, bo po to się spotyka koleżanki, B. zdaje mi relację ze spotkania z kobietą, którą mój kolega małżonek uznał za zdecydowanie lepszy model ode mnie. B., która lubi ekscytować się zdarzeniami z życia innych dziwi się mojemu brakowi ciekawości, któremu i ja się dziwię. Porusza mnie tylko jedno zdanie z cytowanej rozmowy, w którym panienka stwierdziła, że „widziała, jakie piękne mieszkanie jej (czyli mi) zostawił”.
Piękne mieszkanie? To ona tam była?? Kiedy???
Szybka analiza możliwości-no i już wiem, kiedy.

Wyprowadzając się z owego pięknego mieszkania, myślałam, że będzie ono sprzedane. Ostatni raz zamykając drzwi zostawiałam w jego ścianach dla nowych właścicieli życzenia, żeby dobrze im się tu mieszkało. Idąc korytarzem starałam się nie odwrócić i niczego nie żałować. Było mi przykro, że w ostatnim dniu przy wynoszeniu gratów zrobiliśmy na środku pięknego parkietu bardzo brzydką, głęboką rysę.

Dziś wiem, że zamieszkała tam owa lepsza panienka.Dobrze, że chociaż tę nieusuwalną rysę udało mi się zrobić.

Kukułka

zakladka

Leżymy na trawie, na przeciwko na drugim brzegu rzeki jest wysoka skarpa porośnięta lasem. W tym lesie bez opamiętania kuka kukułka. Baśka bohatersko odwraca wzrok od mojego batonika, wzmacnia się woda mineralną.

-Słyszysz jak ta kukułka długo kuka? Pewnie chce komuś jajko podrzucić.

-Jakby chciała podrzucić, to nie robiłaby tego na sygnale. Raczej szuka kogoś, żeby sobie to jajko z nim zrobić- odpowiadam.

-Pewnie tak. Pamiętam, że moja babcia zawsze pytała : kukułeczko, powiedz mi przecie, ile pieniędzy mieć będę w tym roku w kieszeni i cieszyła się, jak potem długo kukała...

-Ta to ma kondycję, kuka jak wariatka, gdyby się sprawdzało to twoja babcia byłaby bogata.

-Wtedy może cos w spadku by mi zostawiła-rozmarza się Baśka.-Szkoda, że nigdy nie trafiła na taką wytrwałą kukułkę.

- Twoja babcia to chyba nietypowo jakoś pytała .Według mnie one po to kukają, żeby dziewczyny mogły zapytać za ile lat wyjdą za mąż, albo jak długo będą szczęśliwie z ukochanym żyły, czy coś w ten deseń.

-To jej zapytaj.

-A po co mi kolejny mąż?

-No dobra, nie mąż, ale zapytaj, kiedy znajdziesz partnera, w końcu ona tak długo kuka, że zaraz przestanie i stracisz okazję, żeby się dowiedzieć. No i musimy jechać dalej.

-Niech się ci będzie. Kukułeczko powiedz mi przecie: za ile lat znajdę partnera?

-Ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku- ku....

-No, powiało optymizmem...

-Ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku- ku....

-Baśka, to przez ciebie...A żeby jej tak piórka wypadły!

-Ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku- ku....

-Dobra , nie było pytania!

-Ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku- ku....

-Jeszcze trochę i cholero, ochrypniesz i jutro nie będziesz mogła słowa wykukać.

Baśka dusi się ze śmiechu tak, że na rower wsiąść nie może.

-Ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku- ku....

-Ludzie tak długo nie żyją, nie potrzebuję partnera żeby mi za trumną szedł!

-Ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku- ku....

Baśka zaczyna płakać ze śmiechu.

-Ty gadasz z kukułką!

-Ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku- ku....

-Już nie gadam, nie chce mi się z nią gadać!

-Ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku- ku....

Wsiadam na rower i zaczynam pedałować.

-Ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku- ku....

-A w ogóle to nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi!

Baśka mnie dogania:

-Nie martw się, może ona ma zaprogramowane odliczanie w systemie sekundowym.

© Czterdziestka na czereśni
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci