Menu

Czterdziestka na czereśni

Miło by było, gdyby życie składało się przeważnie z przyjemności. Ale że tak nie jest, więc każda samotna po-czterdziestka powinna mieć swoją czeresienkę. Z jej czubka świat wygląda inaczej i można pogodzić się z niektórymi rzeczami. Ponieważ sezon na czereśnie jest krótki, to ciągle szukam ich ekwiwalentu. Niektórzy twierdzą, że to folia bąbelkowa.

Misiasty

Notka rzucająca miesem

zakladka

Wspomnień z wakacji ciąg dalszy, czyli teraz spowiedź nieodpowiedzialnej matki autyka, która będąc w trybie wakacyjnym, chwilowo wyłączyła instrumenty kontrolne.

Błąd, duży błąd! Nie ma, że urlop, zmęczenie, przeciążenie, to tamto! Czujnym być należy nieustannie!

Podróż specjalnymi pociągami skansenu w Chabówce zwykle jest atrakcją ograniczoną do samego przejazdu: turla się człowiek tam i z powrotem, w końcu chodzi tu o to, czym się jedzie, a nie dokąd. Punkt docelowy jest raczej mało istotny, ot, takie miejsce gdzie wysprzęga się lokomotywę i ustawia w odwrotnym kierunku na końcu składu, który w drodze powrotnej będzie jego początkiem. Zwykle ta operacja nie zajmuje wiele czasu, nie ma nawet sensu opuszczenie dworca. Z tego też powodu ograniczam te podróże i Misiasty jedzie sam a ja zyskuję nieco czasu, by wdrapać się na któryś z pagórków w okolicy. 

W tym roku nieco zmodyfikowano rozkład jazdy; przejazd na trasie Chabówka-Kasina Wielka-Chabówka przewidywał czas na atrakcje turystyczne Kasiny Wielkiej-wyciąg krzesełkowy na Śnieżnicę.

Wyciąg powstał z myślą o narciarzach, zatem sprzedanie biletów w lecie, już w czasie jazdy do Kasiny wszystkim pasażerom specskładu było całkiem logicznym posunięciem biznesowym, nawet z uwzględnieniem ceny promocyjnej,  a czas postoju pociągu na stacji starannie dostrojony do czasu wjazdu i zjazdu na górę, z półgodziną na podziwianie widoków i konsumpcję napojów nabytych w punkcie gastronomicznym na jej wierzchołku.  

I co zrobiła prawie zrelaksowana widoczkami z okna wagonu matka autyka mająca zakodowane, że przejazd dla Misiastego =górka dla niej? 

Owczym pędem wiedziona, jak i reszta pasażerów, nabyła dwa bilety na przejazd. Nie, żeby całkowicie bezmyślnie, nie.

Pomyślała przecież: kolejka jest kolejką, a siedzenie półtorej godziny na peronie i czekanie na odjazd z powrotem nawet Misiastemu wydać się może nudniejsze od widoków z górki. Logiczne? 

Zupełnie nie! 

Prawie zrelaksowana matka autyka zapomniała, że  atrakcja, która pojawia się znienacka niesie za sobą niebezpieczeństwo.

-O k..a m..ć!  -wrzasnął bardzo donośnie tubalnym swym głosem Misiasty, gdy nagle usiadł na krzesełku z nogami zwisającymi swobodnie w powietrzu.

-O k..a! -darł się dalej dość wyraziście-Tu jest wysoko! Gdzie ty mnie wsadziłaś?!! Ja p...ę!

(Edukacja w specjalnym ośrodku szkolno-wychowawczym nie pozostała bez śladu, oj nie.)

Stał w kolejce do wsiadania, widział pasażerów przed nami, krzesełka sunące pod górę, nie zawahał się, nie powiedział nie...

W powietrzu się rozmyślił. Dobrze, że wyciąg nie był specjalnie wypełniony, ale państwo z przodu i z tyłu mieli jazdę urozmaiconą niezwykle. No cóż, przeprosić i wysiąść się nie dało, trzeba było dotrwać do końca. Soczyste przekleństwa Misiastego niosły się daleko, obijały od świerków i spadały na dół kaskadami. 

Misiasty już kiedyś kolejką linową jechał, w dodatku znacznie dalej i wyżej, bez sensacji.

-Ale w wagoniku, k..wa, w wagoniku! -ripostował, gdy przypominałam mu tę przygodę. 

Usiłowałam stłumić nieco potok jego wypowiedzi, zdenerwowawszy się na początku za rządowo-parlamentarne słownictwo. A potem zrozumiałam, że Misiaty jest zwyczajnie przerażony i moje wysiłki są na nic. Dodajcie do tego moją skłonność do śmiechu w tak niespodziewanych i absurdalnych sytuacjach, i jego nienawiść do tego typu reakcji-szybko musiałam się opanować i starać skoncentrować uwagę Misiastego na...

Właściwie na czymkolwiek kazałam mu się skupić, nie miało to sensu. Wszystko było przecież w dole, a dół niewyobrażalnie daleko. Wskazanie szczegółów konstrukcyjnych kolejki nie było wyborem szczęśliwym, na oglądanej linie wisieliśmy przecież nad straszliwą przepaścią...

Był to jeden z najdłuższych kwadransów w moim życiu i jedno z najgorzej wydanych 10 złotych. Mój stan pawie relaksu szlag trafił, pewnie były tam jakieś widoki, ale mnie ominęły, bo tłumaczyłam Misiastemu, że skoro wjechaliśmy na górę to i zjechać musimy, zejść piechotą co prawda się da, ale żeby przy tym zdążyć na pociąg, to już nie.

Przypomniało mi się, że przez długi czas Misiastemu trzęsły się nogi, nawet gdy kazałam mu wejść na stołek, powieszenie firanek z użyciem domowej drabinki było niemożliwe, nigdy nie wlazł na żadne drzewo w ogrodzie. Tak, kiedyś pamiętałam, że boi się nawet niewielkiej wysokości. Ale potem Misiasty skakał po firmowym dachu razem z ekipą remontową, firanki już wiesza...No ale siebie kilka metrów nad ziemią to już raczej nie. 

Może gdybym lepiej pokazała, zdążyła dopytać, czy chce, dała się zastanowić i dokładnie przyjrzeć kolejce...Ale i mnie tej szansy nie dano. 

Zjechaliśmy. Wyciągnęłam z głębi pamięci miejską kolejkę wuppertalską, wagoniki sunące na linach nad jezdnią i rzeką, o którą Misiasty miał pretensję, bo jechałam bez niego...Usprawiedliwiałam się gęsto, że tak długo, jak się nie spróbuje, to  o nielubieniu czegoś człowiek się nie dowie.

Mamy rodzaj kolejki, której Misiasty nie lubi.  

Szczęśliwie dalsze atrakcje kolejowo-naziemne przykryły ten incydent-oby i w pamięci współpasażerów- bo Misiasty tak szybko by mi tego nie darował. Na razie nie wspominamy, ale pewnie i tak  jestem złą matką, która wsadziła syna na krzesełko wyciągu, oj, złą.

Notka matematyczna

zakladka

Dziś matura z matematyki  i odwieczne rozważania, czy powinna być obowiązkowa.

Jako inżynier gontem kryty, który z matmą problemów nie miewał, odpowiadam, że tak: bezwzględnie.

Jako matka specjalna delikwenta, który z matematyki nie kuma nic i nie jest to "nic" nieprzygotowanego do matury abiturienta ale "nic" tak w okolicach nieprzygotowanego drugoklasisty-też odpowiadam: tak!

Bo wiem, jak upiornie trudno funkcjonuje się komuś i z kimś, kto mając lat dwadzieścia pięć matematycznie tkwi gdzieś w okolicach początku drugiej klasy szkoły podstawowej.

Dziś na stole w kuchni o poranku znalazłam kartkę:

Byłam zdumiona: ten rachunek to największe ze znanych mi samodzielnych osiągnięć Misiastego. Prześledźcie zapiski: widać, jak się facet namęczył.

Misiasty potrafi przeliczyć coś, choć tak zaraz za setką się gubi i wielkości nie do ułożenia z patyczków na stole są dla niego abstrakcją. Z dodawaniem w zakresie stu też sobie jak widać radzi, jak widać z mozołem i raczej nie w pamięci. Liczby muszą być całkowite. Znacznie gorzej jest z odejmowaniem. Mnożenie i dzielenie nie istnieją. Tabliczki mnożenia nie nauczył się Misiaty nigdy, nawet gdy traktowaliśmy ją jako ciąg dźwięków do zapamiętania, bez ogarnięcia ich znaczenia.

Na co dzień korzystamy z matematyki w zakresie podstawowym prawie intuicyjnie i całkiem bezwiednie, w większości zastosowań automatycznie, nawet nie identyfikując, że właśnie wykonaliśmy czynność matematyczną.

Dopiero gdy ma się do czynienia z kimś, komu kawałek mózgu odpowiedzialny za matematykę nie funkcjonuje prawie zupełnie, można zdać sobie sprawę, jak istotna jest w naszym życiu i jakim kalectwem jest dyskalkulia.

Świadomie użyłam słowa kalectwo, a nie niepełnosprawność.

Mam pod dachem kalekę matematycznego, który nie potrafi policzyć czyjegoś wieku na podstawie daty urodzenia. Własnego też nie. Nie potrafi podać ile lat upłynęło od jakiegoś wydarzenia.

Z zegara odczytuje tylko wartość wskazania, bez orientacji co odczytany czas oznacza. Kogoś, kto wstanie rano o siódmej, bo o 17.30 ma być program, który chciałoby się obejrzeć. I zajmie miejsce w fotelu przed telewizorem, bowiem nie ma pojęcia, jaką wartość stanowi owe dziesięć i pół godziny, i co można w tym czasie zrobić. Kogoś, kto nie potrafi oszacować, czy zrobienie czegoś zajmie kwadrans czy trzy godziny, więc nie potrafi się pospieszyć. I odpoczywać też nie potrafi.

Kogoś, kto nie wie kiedy wyjść z domu aby dojść gdzieś na konkretną godzinę. Kogoś, kto nie potrafi skorzystać z rozkładu jazdy, cennika, odważyć ziemniaków w sklepie, kto ma trudności z ugotowaniem budyniu, bo na opakowaniu jest napisane: potrzebne 0,5 litra mleka.

Komuś takiemu nie można powiedzieć: obierz po cztery ziemniaki dla każdego.

Ten ktoś nie wie, ile trzeba kupić chleba na trzy wolne dni.

Żyję sobie z kimś, kto pyta mnie codziennie, czy zdąży zrobić na za dwa miesiące rzecz, której zrobienie zajmuje pięć godzin. I kto tak naprawdę nie wie, kiedy te za dwa miesiące będą.

Ten ktoś nie wie, czy piętnaście kilometrów stąd to znacząco mniej od sześciuset osiemdziesięciu trzech czy tylko trochę mniej. I nie wie, ile mniej więcej czasu zajmuje pokonanie każdej z tych odległości.

Ten ktoś wychodzi na kompletnego idiotę w rozmowach o czymkolwiek.  W rozmowach o czymkolwiek nader często używa się liczebników. I kiedy gadamy o tym, ile kto przytył, i kiedy gadamy o wysokości wynagrodzenia za pracę. O gwiazdach, podróżach, rozmiarze odzieży, długości kabla od kosiarki, wydarzeniach historycznych i powierzchni dywanu.

Zrobienie zakupów jest możliwe, o ile planująca zakupy trafnie przewidzi, ile w sumie wyniesie rachunek i wydzieli kasę  przekraczającą owo przewidywanie. Lista musi zawierać wyłącznie fabryczne opakowania: ćwierć kilo cebuli nie spełnia tego warunku.

Misiasty nie jest w stanie racjonalnie dysponować jakimkolwiek budżetem. Obojętnie jakiej wielkości.

Przeżycie za państwowe sześćset parę złotych renty wydaje mu się całkiem możliwe, ba, nawet można projektować za tę kasę wycieczkę do Japonii w celu zapoznania się z tamtejszymi zabytkowymi kolejami. Spokojnie można się cieszyć, nie ogarnia się przecież drobnego faktu, że nie tylko nie ma z czego na nią odłożyć, ale że i bilet do kina ma równowartość obiadu, bochenka chleba, litra mleka i miseczki płatków.

Ale na razie nie jedziemy. Jeszcze nie, bo na razie Misiasty musi zrobić jeszcze dwa tysiące sto czterdzieści trzy lokomotywy. Dlaczego tyle? Nie wiem.

Wczoraj mówił, że tysiąc dwieście szesnaście. Wiec brakuje mu jeszcze  jakiś siedmiuset czterdziestu dziewięciu. Bo dwadzieścia siedem już ma.

Jutro pewnie powie, że pięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt trzy.

I to będzie za każdym razem dokładnie ta sama ilość, którą Misiasty miał na myśli zaczynając swój projekt.

Notka z pingwinem

zakladka
Myję w łazience zęby i słyszę, jak przed korytarzowym lustrem Misiasty ocenia swoją sylwetkę.

-No, jak moja oponka? Sprawdźmy! Dobrze jest, zmalała! No zmalała, nie jem wieczorem...Trochę popracowałem, dobrze jest-gada do siebie zadowolony.

Rok braku aktywności Misiastego odbił się na jego sylwetce, każdy następny kilogram byłby już nadprogramowy, więc przez całe wakacje tłukłam do łba, żeby od lodówki w godzinach wieczornych i nocnych się nie zbliżał. Dość trudne dla kogoś, kto sypia niewiele i łazi nocami po domu.
Wychodzę uśmiechnięta, przypomniawszy sobie ostatni krążący w necie żart o tym, że pingwiny to jaskółki, które żarły po osiemnastej. Nie potrafię tego ukryć i Misiasty zaperza się, bo dotarło do niego, że słyszałam, co mówił i teraz pewnie śmieję się z niego.

-No co, nie jem w nocy! Schudłem! Dobrze robię!-sytuacja grozi wybuchem, bo ostatnio na tle swojej sylwetki zrobił się niesłychanie wrażliwy. 

-Oczywiście, że dobrze! Przypomniałam sobie dowcip i z niego się śmieję-rzucam się usprawiedliwiać, do starcia mi nie spieszno. -Wiesz, skąd się wzięły pingwiny? To jaskółki, które jadły wieczorem-rzucam niefrasobliwie, jak ostatnia bezmyślna idiotka i uruchamiam lawinę.

Bo co to za dowcip! To idiotyzm! Różnice między jaskółkami i pingwinami wykluczają sens takiego twierdzenia! Co tu jest śmiesznego, skoro to jest bez sensu?! Jak to: nie musi mieć sensu?! To co za debil się z tego śmieje? Że co, że absurd? I innych śmieszy i ma prawo mnie śmieszyć? Jakie prawo?! 
Wybiegam z domu do pracy, goniona kolejnym argumentem, że delikatne kości jaskółki, będące doskonałą, aerodynamiczną konstrukcją nie wytrzymałyby transformacji w pingwina....

Mam za swoje, przecież wiem, że Misiasty nie lubi, jak się ludzie śmieją...
Bo niby z czego, no, z czego się śmieją?

Notka dworcowa

zakladka
Panu Prezydentowi Rzeczpospolitej Polskiej zawdzięcza Miasisty od paru lat dodatkową porcję swojej ulubionej rozrywki.
Prezydenckie dożynki w Spale, które możecie sobie pooglądać w telewizji, są okazją do pojeżdżenia zabytkowym pociągiem bez tłuczenia się przez 3/4 kraju,uruchamiane jest wtedy specjalne połączenie.
Już w piątek po południu musiałam wyjść zza biurka aby popedałować na rowerze na dworzec kolejowy, a potem stałam i patrzyłam, jak załoga z Chabówki opukuje różnej wielkości młotkami i młoteczkami wszystkie możliwe śruby i nakrętki w starej TY42, która sobie malowniczo dymiła na bocznicy.
W Miasteczku dworzec znajduje się już właściwie poza nim, jest fatalnie skomunikowany z resztą miasta, więc dotarcie tam dla nie posiadających samochodu nastręcza masę problemów, zwłaszcza jeśli się mieszka dokładnie pod przeciwną granicą Miasteczka. I to jest problem: Misiasty spokojnie ogarnął by jeżdżenie koleją, tylko dojazd do kolei to wyzwanie, dla kogoś kto nie ocenia ilości czasu między dwoma kolejnymi wskazaniami zegara i nie ma pojęcia, o ile wcześniej trzeba wyjść z domu, żeby dotrzeć na przystanek o konkretnej godzinie mimo, że godzinę tę bez problemu znajduje i odczytuje na rozkładzie jazdy. 
W sobotę Misiasty uzbrojony w kartkę z dokładnie rozpisanymi wszelkimi możliwymi kombinacjami połączeń autobusów MZK, godzinami dojazdu parowozu do i ze Spały oraz prowiant w plecaku, wyruszył sam na cały dzień jeżdżenia w tę i z powrotem. Jeździł i to możecie sobie obejrzeć tutaj. 
Zidentyfikowanie Misiastego w galerii licznych zdjęć nie nastręczy stałym Czytelnikom problemu.
Problem pojawił się na końcu, bowiem jedyna linia autobusowa obsługująca połączenie dworzec-dom startuje w zależności od godzin z dwóch różnych pętli, przy dworcu zatrzymuje się na różnych przystankach i wiele osób się gubi, do domu wrócił więc Misiasty na piechotę przez caaaaaaaaaałe miasto i zmęczony padł na fotel. 
Ale przed chwilą znów udał się na dworzec...
-Pójdziesz do Spały obejrzeć dożynki i wieńce? -zapytałam, wychodząc do pracy (święto plonów nie dla mnie) 
-Po co? Taki wieniec to mogę sobie zrobić w domu-odparł Misiasty.

Notka po dniu czwartym

zakladka
-Jak było na warsztatach?- zapytałam po przyjściu z pracy.
-A czemu pytasz?-zaniepokojenie w głosie Misiastego od razu pozwoliło mi się zorientować, że coś jest nie tak.
-Po prostu pytam, rozmawiamy, chcę wiedzieć jak ci minął dzień.
-Nie poszedłem.
Nooo, myszko puszysta...
Specjalnie wyszłam do pracy znacznie później, kiedy Misiasty stał już w blokach startowych...
-Co dziś na obiad?-zapytał mnie kilkanaście minut później, kiedy zorientował się, że siedzę w fotelu a garnki puste.
-Nic.
-Nie gotujesz dziś obiadu???-w głosie Misiastego słychać było tym razem głębokie zdziwienie
-Muuuuuuuuuuuuuuszęęęęęęęęęęęę?-zdziwiłam się w rewanżu, dokładnie tak samo, jak on się dziwi gdy mowa o chodzeniu na warsztaty.

Dziś rano zgodnie opuściliśmy dom ramię w ramię.
-Ale ugotujesz dziś obiadek?-zapytał Misiasty przed wyjściem.

To tyle w kwestii puzzli pasujących do obrazka anielskich matek dzieci specjalnej troski, takich nadopiekuńczych, miłosiernych i litościwych istot o miękkim sercu.

© Czterdziestka na czereśni
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci