Miło by było, gdyby życie składało się przeważnie z przyjemności. Ale że tak nie jest, więc każda samotna po-czterdziestka powinna mieć swoją czeresienkę. Z jej czubka świat wygląda inaczej i można pogodzić się z niektórymi rzeczami. Ponieważ sezon na czereśnie jest krótki, to ciągle szukam ich ekwiwalentu. Niektórzy twierdzą, że to folia bąbelkowa.
wtorek, 13 września 2016
Dwanaście lat pracy pod moim dowództwem, znacznie więcej pod dowództwem poprzedników.
Żarty reszty personelu, że gdyby coś, to pan M. gasi światło.
Ostatnie lata to już dodatkowa praca, emeryt nie mógł usiedzieć w domu.
Podobno.
-Co ja będę robił? Oszaleję! - rozpaczał pan M. gdy delikatnie sugerowaliśmy, że chyba już za ciężko i po co wstawać do roboty na siódmą, skoro można nie?
Sugerowaliśmy, bo faktycznie było za ciężko: ten i ów z załogi musiał czasem pomóc, choć nie jego zakres obowiązków, inny denerwował się na  zbyt długi czas oczekiwania na efekt pracy pana M. i coraz częstsze humory: się nie da, jutro, zarobiony jestem.
Zaczynaliśmy się podśmiewywać, że u dyrektora M. sprawa musi się odleżeć i nabrać mocy, zrobi, jak dojdzie do wniosku, że mu się chce. Drobne korekty kursu dokonywane dość uprzejmie przez szefostwo nie skutkowało.
W międzyczasie zawał.
-Panie M. czy to nie czas przestać? Ostrzeżenie takie pan dostał, przecież pan nie musi? Może by pan odpoczął? Z wnukami się pobawił?
Taka drobna sugestia, bo jakże tak zwyczajnie wywalić kogoś po ponad  trzydziestu latach? Kogoś kto twierdzi, że lubi, musi, bo się przyzwyczaił, oszaleje na czwartym piętrze i w ogóle bez pracy żyć nie potrafi?
Bo krzyknąć trzeba, gdy zapomni aparatu słuchowego? Bo akurat zrobi najpierw trzecią rzecz z listy, zamiast pierwszej? Bo po kryjomu wykonuje się telefon do córki, żeby zapytać, czy M. dobrze się czuje i czy nie mogliby go przypadkiem jednak w domu zatrzymać?
Nieee. Nie mogą, bo nie chcą. Co on będzie robił? Musieliby do niego krzyczeć, bo zapomina aparatu i wszystko chce robić po swojemu:hydraulikę w budowanym przez jedną córkę domu, obrabiać grządki na działce drugiej córki a żona, to chyba by oszalała! Niech już on lepiej do pracy chodzi, oni przez trzy dni świąt ledwo mogą z nim wytrzymać.
Więc chodził. Co chwilę ktoś podstępem ściszał radio, wrzeszczące przy tokarce. W pokoju socjalnym znacznie skracano czas przerwy śniadaniowej, gdy pan M. wkraczał z telefonem, by pokazać kolejne zdjęcie któregoś z licznych młodszych wnucząt i poopowiadać jak genialnie adaptują się kolejno w żłobku i przedszkolu. Zachwycałam się sportowymi sukcesami średnich, trzymałam kciuki za maturę najstarszego...
Kiedy jedyny syn pana M. poznał wreszcie kobietę swego życia,  ucieszyliśmy się wraz z nim niezmiernie, wiedząc, jak uwielbia swoje wnuczęta, z których żadne niestety nie nosiło jego nazwiska.
Ze zgrozą pomyślałam o kolejnych poprawinach, na które jako załoga z dużym prawdopodobieństwem moglibyśmy zostać zaproszeni, wzorem wesel poprzedniego potomstwa.

Urlop pan M. spędził pracując z synem na hektarach borówki amerykańskiej, należących do przyszłej synowej.
Wrócił z kolekcją zdjęć na nowoczesnym traktorze, zachwycony domem, gospodarstwem, w którym owoce zbiera odział obywatelek Ukrainy, którymi mógł dyrygować oraz drugim domem dla letników, bo gospodarstwo jest agroturystyczne. W tym wszystkim tylko przyszła teściowa z przyszłą synową, ponoć zachwycone faktem, że w końcu jakieś męskie ręce do pomocy.
Zwietrzyliśmy szansę.
Załoga zaczęła podpytywać, czy aby w tym obszernym gospodarstwie nie znajdzie się dla niego miejsce?
-Ale po co pan wracał, przecież tu się nic nie dzieje, dajemy radę, pewnie pan tam bardziej potrzebny? Nie chce pan wolnego jeszcze?-podpytywałam z nadzieją.
No nie, absolutnie. Może za parę tygodni, bo wtedy trociny pod borówki wysypać trzeba, to by synowi pomógł.
Zaczęliśmy odliczać czas do sypania trocin, na falbanku wylądowała lista z trudem wymyślonych mało obciążających zadań, które od biedy pan M, mógłby wykonać i nie zmęczyć się zanadto. Któryś wnuczek zaczął karierę w szkole podstawowej. Miał rewelacyjny tornister.

-M. mówi, że chciałby więcej kasy.- doniosła mi pani A. Popatrzyłam na nią zdumiona.
-Żartuje pani? Więcej? Za co?
-Też się zastanawiam. Czekam od poniedziałku na stempel.

-M. mówił pani, że chce więcej pieniędzy? -zagadnął pan K.
-Nie. A pana zdaniem należy mu się więcej?
-Żartuje pani?

-M. chodzi i gada, że jak mu pani więcej nie zapłaci, to odejdzie.-powtórzyła mi wieści z socjalnego pani E.
-Mnie nic nie mówił. Ciekawe, kiedy przyjdzie do mnie- westchnęłam zastanawiając się, jak odmówię, skoro już teraz wyceniam efekty jego pracy poniżej wypłacanej kwoty i zbieram się wewnętrzne na odwagę, by przez zimą odesłać go jednak na ostateczną emeryturę.
-Niech gada, przecież mu pani chyba nie da?

Przez dwa tygodnie prawie cała załoga wyraziła swoje zdanie w kwestii wynagrodzenia pana M., choć nikt nie był o to pytany. Sam zainteresowany podwyżką z pytaniem nie przyszedł, za to pracy unikał, wyraźnie sabotując niektóre polecenia. Przyzwyczajona do ludzi specjalnej troski zwykle powtarzam trzy razy, przeczekuję humory i rzadko, niezwykle rzadko, zapewne za  rzadko  ochrzaniam personel, który też raczej rzadko daje mi do tego powód. Z pewnością nigdy w życiu nie podniosłam głosu na pracownika, nie użyłam grubszego słowa.
Postanowiłam zaraz po weekendzie odbyć z panem M. poważną rozmowę.

W piątek o piętnastej pan M. stanął  przed moim biurkiem już bez brudnego roboczego fartucha, którego stan wiecznie pozostawiał wiele do życzenia, przebrany do wyjścia, z torbą na ramieniu. Obok klawiatury stuknęły o blat klucze.
-Co to jest? -spytałam zdezorientowana oderwawszy spojrzenie od dokumentu na ekranie.
-Klucze. Od drzwi i od bramy. Za darmo robił nie będę. -oświadczył i wyszedł.

W poniedziałek około dziewiątej załoga zorientowała się, że radio przy tokarce milczy, zatem być może pana M. nie ma w pracy?
-Owszem, pan. M. przeszedł na emeryturę.
-Żartuje pani?????
-Nie. Powiedział, że więcej nie przyjdzie.

Siedzę i piszę tę notkę, bo na nic więcej nie mam siły.
Pięć worków śmieci, opróżnione i odmalowane dwie szafy narzędziowe, przestawiona frezarka, odgruzowany i przetarty pastą szlifierską falbanek, poukładana stal narzędziowa, ponaprawiane gdniazdka i rozplątany węzeł gordyjski przedłużaczy...
Jeszcze ze trzy razy umyjemy podlogę.

Siedzę na tarasie, obżeram się winogronami i uśmiecham się do siebie wspominając ostanie dwa dni, gdy chwilę po tym, jak załoga uwierzyła w moje słowa rzuciliśmy się solidarnie w kierunku działu mechanicznego w celu zrobienia porządków.
Nie zdążyłam nawet wydać polecenia.

Wyobraźcie sobie: lampka przy tokarce ma zielony klosz!
czwartek, 08 września 2016

Jak informuje rzecznik prasowy Zakładki, będzie ona dostępna dla zwiedzających w Krakowie, w piątek 16 września  w godzinach popołudniowych oraz w niedzielę 18 września w godzinach dopołudniowych tam, gdzie zwykle są dostępni ci, którzy do Krakowa tylko przyjeżdżają, czyli w okolicach dworca i rynku.

Wyjątkowo i szczęśliwie nie jest przewidziany w pakiecie Misiasty. 

Ewentualni chętni do rozkładania czerwonego dywanu na peronie i sypania kwiatków proszeni są o kontakt w komentarzach. 

Ewentualni chętni do picia kawy i plotkowania też. 

Szczegółowy plan imprezy zostanie podany po oszacowaniu zainteresowania, które oby było.

Warunkiem koniecznym realizacji przedsięwzięcia jest przychylna reakcja Wysokiego Nadzorującego Urzędu i pozostałych ważnych instytucji, którym Zakładka w oficjalnym piśmie przedstawiła pewne propozycje, których w zasadzie przedstawiać nie powinna. Odrzucenie może skutkować dla uczestników ewentualnego spotkania koniecznością wniesienia opłaty za kawę, nie tylko własną. 

 

 

 

10:51, zakladka
Link Komentarze (5) »
piątek, 12 sierpnia 2016
Przestało mi smakować pieczywo.
Nie mogę wziąć do ust chleba.
Piekarnię mamy doskonałą, tak dobrą, że wykończyła konkurencję, której punkt sprzedaży od kilku lat funkcjonował w tym samym budynku. Całe osiedle po prostu przestało kupować odrobinę mąki dmuchaną polepszaczami, gdy obok nagle pojawiła się szansa na chleb doskonały.
Jadłam i nagle przestałam.
Teraz jem styropian, czyli ryżowe grube wafle. Nigdy nie myślałam, że wezmę to do ust.
O tygodni żywię się styropianem.

Niespodziewana kolejna wizyta straszliwych nadzorców, po której został do uregulowania kolejny wielki rachunek i bzdurne zalecenia, możliwe do spełnienia, jednak tak dalece niczego nie wnoszące  w działalność firmy i tak kosztowne, że niedobrze mi się robiło na myśl, że nadzorcy wrócą, by sprawdzić rezultat ich wdrożenia.

Zmiany w prawie, powodujące kompletne opadnięcie rąk, bo jak tu spełniać kolejne wymysły-pomysły, może i pożyteczne w wielkich organizacjach ale nieprzyjazne dla niewielkich firm mieszczących się na końcach dróg...I za kosztowne dla nich.

Prześladujące mnie od tygodni pragnienie bujania się na huśtawce. Nigdy nie lubiłam, jako dziecko bałam się huśtawek rozbujanych za wysoko. Teraz przechodząc koło placów zabaw rozglądam się, czy jest gdzieś taka, na którą się zmieszczę...

Sen-koszmar z wysoką nadzorującą komisją z kolejną wizytą w firmie, po którym obudziłam się ciężko przerażona, z sercem w gardle i spocona jak mysz...

Gigantyczna ulewa, podczas której zerwało nam prawie 200 metrów kwadratowych, kawał pokrycia dachowego, oczywiście tego najnowszego, położonego dwa lata temu: jakimś cudem ocalało tysiąc metrów starego...

Ciśnienie 203? Aparat się zepsuł. Ludzie nie mają takiego ciśnienia!
Jak to? Nie zepsuł się? Drugi pokazuje 199?

Smutna wygrana z ekspertem. Trzy miesiące rycia w różnojęzycznej literaturze fachowej, przedstawiona do weryfikacji,  napisana kosztem świąt i weekendów jedna z kilku wymaganych ocen wad i zalet oraz bezpieczeństwa stosowania dziury podłużnej, solidna i rewelacyjnie opracowana. Wycofanie z oferty i produkcji jednego z trzech wariantów wykonania owej dziury, bowiem wnioski z najnowszych badań wskazywały na najbardziej niekorzystne działania uboczne. Pan ekspert zainkasowawszy za ocenę mojej oceny niemałe honorarium, zapytał, czemu nie rozważyłam stosowania owego trzeciego wariantu, bowiem on i jemu podobni najchętniej stosują właśnie ten...Napisałam dlaczego, w wyjątkowo grzecznych słowach. Ekspert w jednym zdaniu odstąpił od swych żądań...


Przyjęłam kolejną wysoką nadzorującą komisję grzecznie w gabinecie. Po czym przy kolejnym idiotycznym pytaniu, na które nie ma odpowiedniej odpowiedzi po prostu wstałam i wycedziłam przez zęby, że właśnie w tej chwili straciłam cierpliwość, mam dość i bardzo proszę o opuszczenie firmy. Komisja wykonała moje polecenie. A ja poczułam się lekka, leciutka i skrzydła mi urosły u ramion.
Obudziłam się w radosnym nastroju. Prawie szczęśliwa.

Tylko ostatni akapit tego wpisu to nie-rzeczywistość.
Na razie.

Przyszedł czas na fundamentalne decyzje.
Doprawdy, nie każdy w tym kraju musi urodzić się albo umrzeć w towarzystwie dziur z firmy z końca drogi. W obu tych przypadkach delikwentowi jest doskonale obojętne, czyja pieczątka zdobi opakowanie.
Nawet wysoka komisja i eksperci twierdzą, że dziury robią już tylko hobbyści.
Ja pasjonatem tej dziedziny nie jestem, to tylko moja praca, obowiązek wobec rodziny, którą trzeba nakarmić. Zobowiązanie wobec innych rodzin, które z dziurotwórstwa żyją.
Nie znaczy, że dożywotnie. Bo ileż można jechać na oparach?

Przemijanie ma sens. Podobno. Przetestujemy.

Od tygodni prześladuje mnie chęć pochodzenia po płytkiej wodzie, po drobnych kamykach i boso po łące.
Na razie udało mi się odnaleźć zapach nadrzecznego mułu, którym pachniały wakacje dzieciństwa: pierwszy raz od dwóch lat wsiadałam na rower, tylko po to aby jeździć a nie dojechać.
środa, 20 lipca 2016
Życie od jakiegoś czasu mnie odrobinę przerasta.
Odrobinę, bo każda z rzeczy którymi się zajmuję jest do zrobienia i ogarnięcia, tylko nie wszystkie na raz w tym samym czasie.
Od ZUS po Wysoki Urząd i od dziurawego dachu po czyste skarpetki. Nikt nie jest w stanie sprawnie ogarniać tylu ludzi i rzeczy przez dłuższy czas.

Przez jakiś można, co też czyniłam, ale jestem zwyczajnie zmęczona. Ilość osób zależnych ode mnie jest niedopuszczalna w zakresie norm przyjętych dla pierwszego świata, drugiego, trzeciego i w tym czwartym też. Ludzie po prostu tak nie żyją, bo jeśli żyją to szybko umierają. Mnie na taki luksus nie stać.

Misiasty zaś- i nie tylko on, ale jego jeszcze mam możliwość korygować- nie współpracuje. Ma swoją wizję, okopał się na z góry upatrzonych pozycjach i trwa.
"Mam to w dupie" oraz "wisi mi to" to frazy słyszane najczęściej, prawie wyłącznie. I dotyczą prawie wszystkiego.
Wróć. Wszystkiego, bez prawie. Od wspomnianych czystych skarpetek po zarabianie na życie.
Nie chce mi się walczyć, bo uwikłana w walkę na kilkunastu frontach nie mam już wolnych mocy.
Walkę jednak podejmuję, na prezentowanie przeze mnie postawy życiowej wg Misiastego nie stać z kolei wszystkich zależnych, choć oni o tym nie wiedzą.
Tyle, że wtedy gdy ja zajmuję się Misiastym, sypie się wszystko na na innych frontach a wciąż jest tak, że autyści i inni najpierw umierają z głodu, a na autyzm wcale.
No więc na okresowej wizycie u Pana_doktora_z_poczuciem_humoru po prostu się popłakałam. Można być alfą i omegą ale trzema alfami i omegami się nie da, normalnie tacy ktosie miewają wsparcie służb specjalnych i zarabiają w ten sposób na życie. Dobrze zarabiają.

Tu trzeba docenić doskonałą zdolność oceny sytuacji, którą Pan_dr_ z_p.h. zaprezentował już rok temu.
Wręczył mi wtedy karteczkę do pana psychologa, do którego miałam się udać, ha, ha, w towarzystwie wszystkich trzech mężczyzn mojego życia, żeby ich zaprogramował, jeśli już nie na pożyteczne to chociaż na bezkonfliktowe trwanie.

Ponieważ Pan_dr_z_p.h. widuje Misiastego raz na pól roku po 20
minut, Brata jeszcze rzadziej a Superojca nie widział wcale, to pozwoliłam sobie olać jego propozycję.
Wtedy wydawało mi się, że nie mam siły na to, aby podjąć się bohaterskiej próby terapii u polecanego pana psychologa. Miałabym poświęcać tyle czasu, energii i kasy na doprowadzenie do czegoś w czego skuteczność powątpiewam?
Superojca nikt nie zreformował przez lat blisko osiemdziesiąt, Brat stawia opór czterdzieści pięć, Misiasty ćwierć wieku a na wizytówce było całkiem zwyczajne nazwisko, nie wskazujące na to, że mam szansę na audiencję u Trójcy Świętej.

No cóż, pan psycholog, któremu jeszcze nie wymyśliłam ksywki :), nadal jest w jednej osobie, co stwierdziłam naocznie już na pierwszej wizycie, ale jednak zwyczajnie:
a) nie daję rady
b) Misiastemu ktoś jesienią musi wypisać zusowe kwity, więc po prostu nie ośmieliłam się nie skorzystać z telefonu wypisanego na wręczonej mi po raz drugi wizytówce.

Będzie to mieć zgubne skutki finansowe. Oprócz wynagrodzenia dla pana psychologa_chwilowo_bez_określonej_właściwości opłacić trzeba jeszcze bilety w obie strony do miasta wojewódzkiego dla dwóch osób.  Wydatek czasowy szalony, mam jedno popołudnie w tygodniu w plecy. Od 14 do 20 -zgroza. Uzyskanie kwitów zusowych będzie mnie kosztować miesięcznie dokładnie tyle, ile ta renta wynosi. Na życie zostaje Misiastemu 153 zł zasiłku pielęgnacyjnego.

Na pierwszej wizycie, na której byłam sama, pan psycholog wysłuchał, jak jest. Sądząc po minie nie dowierzał.
Druga to ja i Misiasty: siedziałam w kątku cicho a on prezentował się z jak najgorszej strony, czyli normalnie, nawet bez większych starań zrobienia wrażenia.
Pan psycholog przeprowadził rozeznanie i zaproponował wizytę Misiastego solo.
Trzecią godzinę spędzili zdaje się w miłej atmosferze, bo mina pana mówiła, że chyba nie będzie tak źle a ja na pierwszej najwyraźniej konfabulowałam.
Tydzień temu była czwarta, po której wyrwało mu się: pani rzeczywiście ma rację, pani musi tu być i pani w ogóle musi być, co oznacza, że jutro, na piątej, znów będę tłumaczyć Misistemu co pan psycholog miał na myśli...

Wiem, że to nie przychodzi od razu, ale oby przyszło.

Jak się ktoś odważy skomentować, że mam sobie wygospodarować chwilę czasu dla siebie to ma w mordę, zrozumiano???
Chyba, że wpadnie, umyje mi okna, zrobi porządek w obejściu i ogrodzie, to tak, to wtedy może sobie radzić. 
środa, 13 lipca 2016

Godzina szósta rano, w bardzo mokrej drodze do pracy spotykam człowieka.


Równoległym chodnikiem maszeruje starsza pani, energicznie wymachując złożoną czerwoną parasolką z zakrzywioną rączką.

W zgięciu ramienia, w sposób w jaki zwykle celebrytki eksponują swoje kultowe torebki, powiesiła wiklinowy koszyk, w którym dostrzegam butelkę wody i błyszczący nożyk.

Pani udaje się na grzyby, co potwierdza fakt, że włosy ma zabezpieczone elegancko związaną z tyłu chustką a na nogach starożytne zielone kalosze.


Przechodzę na drugą stronę i chwilę maszeruję za panią, nie mogąc oderwać wzroku od jej dynamicznie pracujących pośladków.


W rytm marszu radośnie podskakują na nich czarne literki napisu na dresowej bluzie: "HOT STUFF".

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 202
| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30