Menu

Czterdziestka na czereśni

Miło by było, gdyby życie składało się przeważnie z przyjemności. Ale że tak nie jest, więc każda samotna po-czterdziestka powinna mieć swoją czeresienkę. Z jej czubka świat wygląda inaczej i można pogodzić się z niektórymi rzeczami. Ponieważ sezon na czereśnie jest krótki, to ciągle szukam ich ekwiwalentu. Niektórzy twierdzą, że to folia bąbelkowa.

1018 Pan Poeta, pan Poeta !!!

zakladka

W busie, który wiezie mnie i Misiastego z Miasteczka do miasta wojewódzkiego na terapię, spotykam regularnie Poetę.

Absolutnie prawdziwego.

Poeta dosiada się po drodze w Mieścince, jeśli jedziemy tam lub towarzyszy nam od początku, jeśli jedziemy z powrotem.

Prawie godzina obcowania z artystą...

Poeta wsiada, absolutnie prozaicznie nabywa bilet, siada i wyciąga telefon.

Przez tę prawie godzinę  Poeta będzie informował wszystkich swoich krewnych i znajomych, a ma ich skubaniec niemało, kto, gdzie, kiedy i w jaki sposób wyrażał zachwyt jego wybitnymi dziełami i zachęcał wszystkich swoich krewnych i znajomych aby też zapoznali się z onymi i pozachwycali. Absolutnie koniecznie.

Bo przecież zachwyca się tautogramami poety pani dr. X. -uznany tautogramowy autorytet, którego nazwiska nie wymienię, bo po co, przecież wszyscy znają chyba autorytet w tej dziedzinie- mówiąc, że są doskonałe. Ten na "r" osobliwie. Pani dr. X się wzruszyła, bo na "r" są rodziców ręce.

Bo zaprosili Poetę na kanapę w telewizji -niszowej, ale oczywiście, że wszyscy już słyszeli- w celu przeprowadzenia wywiadu, rozmowy, swobodnej wymiany myśli, ale po co ja wam to piszę, z pewnością widzieliście...

Jeśli nie, to wcześniej czy później dowiecie się gdzie ów kanapowy wywiad obejrzeć można, bo dam głowę, że ktoś z licznej rodziny lub z niemniej licznych  znajomych Poety do was zadzwoni, telefonicznie zachęcony po raz nie wiadomo który, do niesienia wieści o sukcesach Poety w lud. Cierpliwości, to tylko kwestia czasu, przy tej ilości krewnych i znajomych, którą ma Poeta, ktoś okaże się i waszym krewnym lub znajomym.

Bo krytyk Y. - nawet się nie przyznawajcie, że nie znacie krytyka Y., to już hucpa i wstyd!- wyraził się pozytywn...nie, jakie tam pozytywnie, on prawie lewitował z zachwytu nad sonetami Poety! Poeta do kanonu, szykujcie się na tłumaczenie dzieciom podczas odrabiania prac domowych, co Poeta miał na myśli. Coś ponoć wartościowego miał. I precyzyjnie to wyraził. W każdym razie cioci Halince tak mówił. Cioci by chyba nie okłamał, nie?

Bo wieczór autorski w bibliotece w X. był - i to sam Poeta wam mówi: re-we-la-cyj-ny!  Wzruszający taki. W każdym razie Poeta się wzruszył. Nabył z tej okazji sześć (!)  pudełek ciastek, które nie poszły, bo wszyscy zebrani, w tym ciotka, pociotek i koleżanka z pracy Poety ( szefowa nie przyszła, jak mogła, Poeta tak liczył)  chłonęli poezję a nie kalorie. Pociotka wprost zwalił z nóg talent artystyczny krewnego, więc i wujek Karol powinien koniecznie docenić a i do Małgosi zadzwonić, żeby niczego z twórczości poety nie uroniła. Ciastka Poeta zostawił bibliotekarkom, bo im się należy... No, ja myślę!

Bo Staszek i Jola tak wspaniale interpretowali wiersze Poety, tak wspaniale, no tym razem poeta nie miał zastrzeżeń, no bardzo, bardzo...Szkoda, że jednak kuzyn Franek nie przybył, doprawdy wiele stracił, takie wspaniałe przeżycie go ominęło...

No, może nie do końca idealnie wspaniałe, bo Poecie tak ze wzruszenia głos się łamał, że miał problemy z interpretacją i czytaniem swoich utworów, co prawda  tylko pierwszych trzech, ale to niestety zaważyło na tym, że któraś z pań szepnęła mu na uszko, że intonację powinien podszkolić. Auć! Koniecznie, Poeta młody jest, tyle wspaniałych i wzruszających wieczorów autorskich w bibliotekach przed nim. 

O, na przykład ma zaproszenie na kwiecień do filii biblioteki z Z. w W. Wiec ten Franek,co teraz stracił, to nie musi już  tak bardzo żałować, nie musi. W kwietniu Poeta zadzwoni i jemu przypomni. I wszystkim innym przypomni, żeby Frankowi przypomnieli o takim ustawieniu harmonogramu zajęć, żeby to głupie pięćdziesiąt kilometrów nie było dla Franka przeszkodą.

Dla smaczku wam tu powiem szeptem, bo kto nie lubi ploteczek o sławnych poetach, no kto?, że poeta ma długi w ZUS-ie, szef go nie docenia, ale doceni, bo jak tylko te długi spłaci (Poeta spłaci nie szef),  to zaraz z Mieścinki wyjeżdża i w Mieście wojewódzkim kawalerkę wynajmować będzie. Parę innych rzeczy też o Poecie wiem...

Czy on,  do cholery, nie powinien pomykać na Pegazie???

 

1017 Ziu!

zakladka

W firmie na końcu drogi wciąż czekamy na ostateczną decyzję Wysokiego Nadzorującego Urzędu dotyczącą naszej dalszej przyszłości.

Podczas zeszłorocznej, październikowej kontroli Wysoki Nadzorujący Urząd uznał, że co wolno firmom w Holandii, Wielkiej Brytanii, Francji i pozostałych krajach europejskich, i nie tylko, tego z pewnością nie wolno w Polsce: WNU miał ZASTRZEŻENIA.

Czy nie podobały mu się nasze dziury? Nie! Dziury są jak najbardziej w porządku.

Za niebędące w porządku WNU uznał etykiety na opakowaniach dziur. W branży dziurotwórczej etykieta jest niezwykle istotna i musi zawierać mnóstwo ściśle określonych informacji i znaczków.

Według nas zawierała owo mnóstwo, jak i przedstawione na dowód korzystania z dobrych wzorców europejskich etykiety znakomitych firm: holenderskiej, francuskiej i dwóch brytyjskich. Żadnej polskiej, bo w Polsce tylko na końcu drogi robi się te akurat rodzaje małych niebieskich pakiecików, którymi zajmujemy się równolegle z dziurami.

WNU uznał jednak, że nie tylko nasze autorskie etykiety wymagają korekty, nie tylko postanowił zwrócić się do swoich odpowiedników w trzech wymienionych krajach, aby skorygowali domniemane nieprawidłowości w firmach będących pod ich nadzorem, ale zwrócił uwagę na prawdopodobną konieczność zmiany zasad kreślenia znaczków na etykietach również Wysokiej Komisji Europejskiej, która powinna zadekretować zmiany w tym zakresie dla wszystkich europejskich dziurotwórców. 

W tym momencie szefowa firmy na końcu drogi, odpowiedzialna za wymyślony i wdrożony osobiście wzór oznakowania, poczuła, jak wielbią ją wszyscy koledzy z branży, od Lizbony po Rygę. Westchnęła sobie :)  i pełna entuzjazmu poczłapała zmieniać opakowania, bowiem WNU locuta, causa finita: z Wysokim Nadzorującym Urzędem dyskusji podjąć się nie da, ma bowiem prawo mieć swoje zdanie, które na terenie Rzeczpospolitej świętym jest i basta, i tę moc, że może firmę na końcu drogi zamknąć jedną decyzją prezesa. 

Po kilkunastu bezsennych nocach, konsultacjach, aprobacie bezwzględnych audytorów, szefowa przedstawiła nowy wymyślony przez siebie wzór oznakowania prezesowi WNU i zapadła cisza.

Dziś pan Listonosz przyniósł list polecony w kopercie z logo WNU i z doklejoną z tyłu żółtą zwrotką.  List ten wzbudził więcej emocji, niż korespondencja z US, ZUS i (tfu!) komornika razem wziętych. Szefowej zrobiło się gorąco i drżącymi rękami ledwo zdołała złożyć podpis w pocztowych formularzach, Pani F. wyjąkała " o Jezu", a Pan Operator pognał po resztę załogi, z okrzykiem : " napisali !, napisali!". Załoga zbiegła się w pośpiechu, niemal gubiąc służbowe trepy.

Na urzędowym, logowanym papierze, pod złożonymi sygnaturami z numerami spraw, widniały trzy linijki tekstu.

Jedno zdanie, informujące, że Prezes Wysokiego Nadzorującego Urzędu przyjął do wiadomości informację, zawartą w skierowanym do niego piśmie z dnia 28-11-2012 roku /data wpływu 30-11-2012 roku/, o tym, że firma na końcu drogi zaprzestaje z dniem 28-11-2012 roku wytwarzania jednego z rodzajów dziur podłużnych, o czym zgodnie ze swym ustawowym obowiązkiem zawiadomiła go wtedy szefowa.

Kurtyna!

 

1015

zakladka

Trzech młodzieńców w strojach sugerujących, że w dniu poprzednim uczestniczyli  w marszach ku czci wstającej z kolan stoczyło się w dół po schodkach do sklepu mięsnego.

Kolejka stężała zapobiegawczo, niewielka powierzchnia sklepu nie gwarantowała jej uczestnikom bezkolizyjnego oczekiwania wraz  z całą zamaszystą trójką, przez której dialogi, okraszone soczyście rzeczownikiem uniwersalnym,  z trudnością przebijało się "co podać" pani sprzedawczyni. Tematem rozmowy musiało być coś niesamowicie śmiesznego, bo panowie rechotali radośnie i podskakiwali poklepując się po plecach i udach.

-Ma pani zajebisty kapelusz-odezwał się jeden do starszej kobiety udekorowanej beżowym, kosmatym i wyczesanym kapeluszem z imponującym kwiatkiem na boku. Pozostała dwójka zarechotała.

-Dziękuję-odpowiedziała starsza pani i w rewanżu skomplementowała młodzieńca.- A pan ma bardzo ładną czapkę !

-Tak, ładna, prawda? To się nazywa zderzenie kultur-zamachał palcem pokazując na oba nakrycia głowy-swoją bejsbolówkę z  husarskimi skrzydełkami i włochaty kapelusz. Pozostali dwaj znów wybuchnęli śmiechem, reszta kolejki jednak milczała w napięciu  oczekując dalszego ciągu.

-To się nazywa różnorodność-odpowiedziała właścicielka kapelusza. -Różnorodność jest dobra a świat dzięki niej ciekawy.

-No tak- zgodził się uprzejmie właściciel czapeczki, a pani zapłaciła, podziękowała i wyszła ze sklepu, żegnana gromkim i poważnym " do widzenia pani" całej trójki.

Dalszy ciąg oczekiwania na swoją kolej młody człowiek spędził na uzyskaniu przez telefon od małżonki listy zakupów, którą potem to sprawnie zrealizował, ze względu na alergie synka skrupulatnie dopytując się o skład poszczególnych wędlin.

 

 

 

1014

zakladka
Dwa dni i dwie wycieczki do miasta wojewódzkiego zajęło mi skompletowanie imponującej dokumentacji medycznej Misiastego.
Mam formularz -sztuk jeden- i zaświadczenie-sztuk jeden-całe dwa arkusiki do przedstawienia w Zus-ie.
Pan psycholog ograniczył się do słów czterech.
Pan Doktor_z_poczuciem_humoru ujął diagnozę Misiastego w całych dziewięciu słowach, wliczając w to "i" oraz "w" użyte w tym jednym zdaniu.
Cała nadzieja w efektownych, trójkątnych, zamaszyście skreślonych piórem Pana Doktora wykrzyknikach.
"Choroba trwała!!!", " bez możliwości poprawy!!!" oraz zastrzeżenie: z opiekunem" !!!!, dotyczące stawiennictwa Misiastego przed komisją, razem dziesięć sztuk wykrzykników, które oby zrobiły wrażenie.
I zaowocowały kwotą 644 zł. No dobra, powyżej, ale nie pamiętam ile groszy jeszcze...
Co właściwie może i jak ma żyć osoba niesamodzielna, która nie potrafi dysponować żadną kwotą i zorganizować sobie życia?
Na najdłuższej ulicy w Polsce, gdy wlokę się zmarznięta i zrezygnowana zaczepia mnie młody człowiek i wręcza ulotkę.
Obrońca życia.
Chyba powinnam czerpać radość z faktu, że uznał mnie za mogącą jeszcze potrzebować instrukcji, co zrobić z ewentualnym niechcianym dzieckiem. Ale zapewne nawet mi się nie przyjrzał zajęty głośnym sporem z innymi przechodniami, którzy usiłowali go zapoznać z widocznie nieznanym mu terminem: zygota.

Miałam nieodpartą ochotę zatrzymać się i zaproponować, żeby chwilę pozajmował się takim dzieckiem: tak na oko swoim rówieśnikiem. Społecznie zbędnym, niechcianym, wyrzuconym z systemu, zapomnianym, lekceważonym, niezdolnym do życia.
Przesada? No gdzie tam-o zdolności do przeżycia we współczesnym świecie nie decyduje umiejętność samodzielnego pobierania pokarmu i wiązania sznurówek.
Taki młody człowiek mógłby zamiast marznąć na ulicy i przyczyniać się do marnowania papieru i wycinki lasów podjąć wysiłek poświęcenia dwóch godzin tygodniowo na kontakty z Misiastym.
Mogliby razem pójść na piwo. Dwudziestokilkulatki chodzą chyba na piwo?
I pogadać. O wszystkim. Misiasty nie ma z kim. Od miesięcy jego rozmówcami jesteśmy: ja, Brat i Superojciec. Czasami zagada do kota...
Pójść na koncert. To chyba robi czasami młodzież? Nie wiem, już wyrosłam. Misiasty nigdy nie był na koncercie.
Albo do kina. "Jak wytresować smoka" to ostatni film, na którym byliśmy w kinie. Misiasty z mamą.
Mogliby zrobić najprostsze odzieżowe zakupy w centrum handlowym. Nie mam pojęcia, jak modnie ubrać młodego mężczyznę. Łomot muzyki w dedykowanych mu sklepach mnie zwala z nóg i wyłącza szare komórki.
Samodzielny wyjazd z grupą rówieśników...

Właściwościom osobowości autyka zawdzięczam, że Misiasty nie dostrzega, jak bardzo jest osamotniony. Wyrzucony poza nawias. Niezidentyfikowany i nieprzynależący do nikogo, do żadnej grupy.
Ale nawet jego powoli zaczyna dopadać straszliwa nuda samotnego życia.

I spróbuj tu nie być specjalną matką polką i nie żyć jednym życiem i pilnować się, żeby nie mówić  "my" .

 
 




1013 Notka filmowa

zakladka
-Misilla!-wykrzykuje Zakładeczka. Jesteś Misilla, jak Godzilla!
Misiasty nie jest pewny, czy pomysł siostry mu się podoba, no i przede wszystkim, czy ona go po prostu nie obraża?

Zaczynamy tłumaczyć łańcuch skojarzeń- duży ( w każdym razie większy od Zakładeczki), masywny, zanim się ruszy...
Misiasty decyduje, że chyba się jednak tym razem nie obrazi, prawdopodobnie nie chciała źle.
....
-No to cześć Brat. Misillo! Widzisz i film ci wymyśliłam! Misilla kontra Godzilla!- żegna się dość niefortunnie Zakładeczka przed odjazdem.
Misiasty się znów zjeża.
-Będziesz miał szansę wygrać z Godzillą! Nikt z nią nie wygrał, a Misilla może-pocieszam Misiastego.
....
-Dlaczego kazałyście mi kręcić film?
-Nie kazałyśmy, to był taki żart. Skojarzenie: Misilla jak Godzilla, silna, odważna, pojawia się kiedy trzeba i ratuje wszystkich. To dobre porównanie-tłumaczę i wychodzę do łazienki.
-To dobrze. Dobrze, że to tylko żart-przez drzwi słyszę, jak Misiasty głosem pełnym ulgi kończy dialog sam ze sobą:
- Nie muszę kręcić filmu z Godzillą. Jest silniejsza ode mnie. I tak bym z nią nie wygrał. 
 

© Czterdziestka na czereśni
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci