Menu

Czterdziestka na czereśni

Miło by było, gdyby życie składało się przeważnie z przyjemności. Ale że tak nie jest, więc każda samotna po-czterdziestka powinna mieć swoją czeresienkę. Z jej czubka świat wygląda inaczej i można pogodzić się z niektórymi rzeczami. Ponieważ sezon na czereśnie jest krótki, to ciągle szukam ich ekwiwalentu. Niektórzy twierdzą, że to folia bąbelkowa.

1039 Notka starannie opróżniona

zakladka

Zielony worek na szkło jest prawie pusty, kiedy ruszam z nim spod firmowej bramy. Na dnie pobrzękuje parę słoiczków po kawie i skonsumowanej przez załogę musztardzie. Dzień wywozu śmieci, trzeba worki dostarczyć do asfaltowej drogi, o tym jednym, pustawym Misiasty akurat zapomniał.  

Poruszając się nieregularnym zygzakiem, zataczając się od lewej strony drogi do prawej,  jakbym sama wypiła to, po czym zbieram pojemniczki, pięćdziesiąt metrów dalej worek ledwo taszczę. Butelczyny po 1906 a 250 ml i 100 ml -reprezentacja najliczniejsza, jeden nieduży Absolwent, cztery po piwie Łomża, kilka szkiełek po kolorowych drinkach, opróżnionych zapewne w okolicach sylwestra, coś elegancko wysmukłego, co straciło etykietę i tradycyjnie nie obeszło się bez Żubrówki i gorzkiej żołądkowej a popitką był napój Tymbark jabłko-mięta. Norma.

Ale litrowy Johny Walker Black?

Woda Perrier?

Widocznie odludny, wieczorami pusty i tonący w dyskretnej ciemności parking firmy na końcu drogi zaczyna odwiedzać inna niż dotychczas klientela.

1038 Depresja klauna

zakladka

Mam ostatnio czas, żeby pisać. Leżę na płasko i odpoczywam, nienadzorowany świat wokoło popada w ruinę, ale trudno. Przecież nikomu poza mną to nie przeszkadza, ze stert trzytygodniowego prania zawalających duży pokój zainteresowani wyławiają jakoś pozornie pasującą parę skarpet, spokojnie pomijając całą resztę. A ja leżę sobie nie w dużym pokoju, to i drzeć się, żeby zabrali wszystkie swoje ciuchy, mi się nie chce. Nie przeszkadzają mi pokryte warstwą kurzu, od trzech tygodni nieodkurzane podłogi, choć przyklejanie się do tej w kuchni jest trochę irytujące, bo poruszam się i tak z trudem.

-Znowu zupa?- Misiasty dał wyraz swojemu rozczarowaniu na wieść, że dziś rosół. No cóż, zupy wymagają najmniej wysiłku. Daję radę bez wsparcia. Jak to: bez wsparcia? No przecież oni ROBIĄ. ZA MNIE. POMAGAJĄ. Tak, i są tym tak zmęczeni, że wiadomość o możliwości obrania ziemniaków i usmażenia kotletów z piersi kurczaczej oraz wyjęciu gotowej surówki z pojemnika natychmiast zwiększa ich apetyt na rosołek, który raptem będzie zupełnie wystarczający.

W tym momencie żeńska część czytelników /choć chyba męskiej nie ma wcale :) / kiwa ze zrozumieniem głowami, bo też tak ma.

Otóż chyba jednak nie. Bardzo podobnie, ale nie tak samo. Większość populacji męskiej miga się jak może od czynności domowych i wszelkich pożytecznych-koniecznych. Jednak chyba nie wszystkim jest doskonale wszystko jedno, jak się im żyje we wszystkich, ale to absolutnie wszystkich, obszarach życia. Mogą nie robić czegoś, czego nie uznają za istotne, ale zawsze znajdzie się choć jedno poletko, nad którym pochylą się z troską. Moim nie zależy na niczym i nic nie jest im potrzebne. Jest to jest, nie ma-to nie ma. Spokojnie cofnęli by się do epoki kamienia łupanego i nie zauważyli, że śpią na ziemi. Co więcej: gdyby ich cofnąć, to raczej nie popchnęliby świata do przodu-czasami myślę, że nie ma takiego dna, od którego są się w stanie odbić. Każdy normalny facet, głodny tygodniami, nawet nie posiadający podstawowej umiejętności obsługi noża, w końcu by ją nabył i kartofelki jednak obrał. Albo poszedł i kupił obiad. Zrobił cokolwiek innego, żeby głód zaspokoić. Moi nie: tresowani do pomocy, obierający sprawnie kartofelki, smażący kotlety, etc. kiedy nad nimi stoję, nie zrobią tego nie nadzorowani, sami z siebie. Dziura w mózgu: nie posiadając potrzeb zapominają, że wiedzą, jak się je zaspokaja. Dobra, mogą być głodni-ale dlaczego ja razem z nimi?

No i całkiem przypadkiem wyszła mi notka i to taka, jak zwykle w autystycznym klimacie. Dla mnie nudna, nieistotna, jęcząca, nic nie wnosząca.

A miało być o tym, że mam czas na pisanie i nie piszę. Jest mnóstwo tematów, zapisanych w pamięci, prawie ułożonych w notki. Ważnych, wiem, powinny zostać zapisane już dawno. Nie zostały i wiem dlaczego.

Bo już nie potrafię. Nie potrafię tak, jak zawsze chcieliście, czyli tak jak było: z gałęzi czereśni z dystansem, o tym, co ciekawi nie żyjących z autyzmem na co dzień, którym ta odmienność wydaje się interesująca, jak życie bakterii obserwowanych pod mikroskopem-szlag właśnie trafia edukacyjną warstwę tego bloga. Stała się jakimś obowiązkiem, szeptanym przymusem; pisz, niech wiedzą, będą bardziej tolerancyjni, nieś ten kaganek oświaty, odmieńcom będzie lepiej. Niby nie bieda: takich informacyjnych, znacznie wartościowszych i lepiej pisanych blogów jest sporo-matki dostrzegają korzyści z klepania o tej "fascynującej"  i robiącej się "modną" odmienności. Coraz częściej łapki na klawiaturze kładą sami zainteresowani: za jakiś czas, jak już przestaną być tak obrażeni na starych blogerów, za to, że ośmielaliśmy się o nich- bez nich i bezczelnie sprzedawaliśmy ich prywatność, narzekając, jak się nam ciężko z nimi żyje, da się ich nawet czytać. Kiedy przestaną pisać  z martyrologiczną nutką, jak to są przez normalsów ciemiężeni, a zaczną wyjaśniać swój świat z wdziękiem dobrego popularyzatora nauki, będą całkiem interesujący: w końcu kto napisze ciekawszą notkę z życia bakterii, jak nie ona sama?

Znacznie gorzej, że nie potrafię pisać już dla innych matek. Pisać tak, aby wyglądało, że się da, że można, że choć strasznie, to przynajmniej śmiesznie, że życie nie składa  się z samego dna, a jeśli, to nawet na dnie da się wygodnie żyć a to straszne, mityczne wypalenie jest faktycznie mityczne. (Baby!- już wy wiecie które- serio nie ma powodu, żebyście dostały zawału :) ) Nie nie mam źle, wiele z nas ma gorzej i oczywiście, bo jakże by inaczej, radzę sobie i radzić będę, wsparcia nie wymagam. (No, poza tymi fejsbukowymi wirtualnymi lampkami wina matek specjalnych i telefonami od wielkiego dzwonu)

Zrozumiałam tylko samobójstwo. Nie, nie takie całkiem realne, fizyczne. Tylko takie, gdy w człowieku umiera klaun. Kiedy się już nie chce z uśmiechem i ciepłym humorem wyjść na scenę i bawić wszystkich tak, jak przywykli i jak tego oczekują, bo nikt nie robi tego tak dobrze, jak ty. Takie samobójstwo Robina Williamsa, gdy nie potrafisz być już przegranym optymistą a twojej kreacji tragicznej, choćby najlepiej zagranej i tak nikt na serio nie weźmie, bo on jej po prostu nie chce.

Rzeczywistości raczej nikt nigdy nie chce-czasami tylko przez chwilę, gdy nas akurat przypadkiem zadowala.

A ja pisać mogłabym już tylko o reszcie.

1037 Notka racjonalizująca

zakladka

Dni i tygodnie są za krótkie.

Nikogo tutaj nie zdziwi informacja, że rzadko wychodzę z pracy.  Żaden news, prawda?

Ze starego próbuję wycisnąć ile się da, trzeba pochylić się nad nowym.

Smutno mi bardzo, gdy żegnają się z nami kolejne osoby z załogi i zwyczajnie martwię się i boję nieznanej przyszłości, bo nawet jeśli raczkuje, to nie wiadomo czy stanie na nogi i się na nich utrzyma.

Jednocześnie jest mi spokojnie i dobrze. Stan ten niepokoi mnie bardzo: kto nie mając widoków na stabilne źródło utrzymania rodziny a nawet wiedząc, że za miesiąc może nie mieć na rachunki jest zadowolony z życia? Powinna mnie napędzać choćby obawa przed jutrem, a ja siedzę sobie spokojnie i jakoś tak sprzątam dookoła, jakbym wiedziała czemu robię miejsce.

Nie wiem, ale wiem, a właściwie czuję, że mnie osobiście decyzja o porzuceniu dziurotwórstwa może wyjść na dobre. Mam więcej powodów do zmartwienia niż wcześniej, a martwię się mniej. Nie śnią mi się nadzorcy. Nie pracuję pod ciągłą presją potencjalnej, niezadowalającej oceny wyników tej pracy. Po prostu przychodzę do pracy, robię swoje i wychodzę, na luzie, jakbym to nie ja musiała płacić swoje i innych składki na ZUS. Całkiem prosto robi się rzeczy, od których nie zależy niczyje zdrowie ani życie, komfortowo obsługuje problemy pierwszego świata, choć w końcu mam do czynienia z prawdziwymi klientami, którzy potrafią być zwyczajnie chamscy bez powodu i uzasadnienia. Czasami mnie zirytują i kto wie, może jednak zatęsknię kiedyś za tymi nieprzytomnymi, nieświadomymi, którzy nie mogli się poskarżyć a reklamacje leżały poza ich zasięgiem, ale na razie ze swojej decyzji jestem zadowolona.

Częściowo dlatego, że ostatnia moja wizyta w Wysokim Urzędzie uświadomiła mi, że nawet jeśli poniosłam porażkę, to nie z powodu własnej niemocy czy nieudolności: ja po prostu nie miałam szans na sukces.

Wysoki Urząd zdecydował bowiem, że małych niebieskich pakiecików robić nie możemy, bo...nie chce tego nasza konkurencja.

I tyle. W krótkich słowach poinformował nas o tym Pan Naczelny Urzędnik w Wysokim Urzędzie. Konkurencja jest duża, silna, zatrudnia parę tysięcy ludzi i taka mała firemka z końca drogi nie ma prawa stawać jej na drodze, bo nie. Pan Naczelny Urzędnik ma temu zapobiec, więc to czyni, bo konkurencja zasugerowała, że za pośrednictwem prokuratora przypomni Panu Urzędnikowi, na straży czyich interesów stać powinien.

Ze zdumieniem wysłuchałam tego absolutnie ostatecznego argumentu na koniec dwugodzinnego spotkania z Naczelnym Urzędnikiem, do którego doszło w Wysokim Urzędzie, w pokoju o wyglądzie szklanego akwarium, przygotowanego specjalnie na spotkania z petentami tak, aby będąc na widoku nie próbowali korumpować tego i pozostałych urzędników. Na spotkanie przyjechałam na zaproszenie Urzędu: wyznaczono je w konsekwencji naszego odwołania od niekorzystnej decyzji: małe niebieskie pakieciki są zawijane przez nas według tej samej procedury, która stosowana jest w innych państwach europejskich, jednak nasz Wysoki Urząd uznał, że na piastowskiej ziemi jedyną słuszną jest receptura naszej konkurencji. Na dziewięć stron logicznych, mających umocowanie w obowiązujących przepisach naszych dociekliwych pytań dlaczego tak, Urząd odpowiadać nie chciał na piśmie, zaproszono nas więc w celu, jak nam się wówczas wydawało, wymiany poglądów i ustalenia jednej, spójnej i bezwątpliwej interpretacji przepisów, w oryginale napisanych w języku angielskim.  Uzbrojona po zęby w paragrafy, dowody i przykłady, w obstawie dwóch innych, kutych na cztery nogi i równie kompetentnych specjalistów /tak, tak zaliczam się/ stawiłam się gotowa do merytorycznej dyskusji.

Niezwykle naiwna istota ze mnie. Możecie się śmiać.

Przez dwie godziny "rozmowy" Pan Naczelny Urzędnik nie dał mi dokończyć zdania. Ba, on nie dał mi, ani dwojgu pozostałym nawet dojechać do połowy zdania: mam wrażenie, że jedynym zwrotem, po którym mogłabym postawić kropkę, gdyby rozmowa była zapisywana, było dzień dobry. Żałuję zresztą, że nie nagrywałam całości. Byliśmy przygotowani do partnerskiej rozmowy specjalistów, którym wspólnie zależy na osiągnięciu porozumienia i ostatecznym wyjaśnieniu kwestii budzących wątpliwości  a nie na krzyki, przerywanie wypowiedzi, uciszanie i wykręcanie kota ogonem i coś takiego nie przyszło mi do głowy.

W powietrze wyleciały kartki, na których widniały pieczęcie Wysokiego Urzędu a Naczelny Urzędnik stwierdził, że zapisane tam decyzje są gówno warte, mimo, że on sam osobiście przez lata je podpisywał. Na niecałe dwie minuty pojawiły się w akwarium, jakoby w charakterze niekwestionowanych autorytetów,  wezwane przez swego szefa w trybie pilnym i natychmiastowym dwie urzędniczki, tylko po to, aby szef cisnął w nie plastikowym kubeczkiem i blade, nie wyjąkawszy nawet dwóch wyrazów, stały w kącie czekając na pozwolenie opuszczenia pomieszczenia. O trzecim urzędniku, moim rówieśniku, którego również traktowałam jak specjalistę, prowadzącym sprawę pakiecików od początku, po tym,  jak po sugestii, że jest idiotą, został dwukrotnie zobowiązany do zamknięcia się a drugie polecenie zostało wzmocnione mocnym trzepnięciem segregatorem po łapach, pomyślałam, że się w weekendy upija, albo po robocie bija żonę. Jakże inaczej, bez odreagowania, dorosły, poważny facet, który wychwyciwszy moje spojrzenie bezradnie uśmiecha się do mnie z drugiej strony stołu mógłby w tej robocie za relatywnie marne pieniądze wytrzymać?  Zdumiona, uświadomiłam sobie, że trwam w świecie fikcji, zdrowie i czas poświęcając na grę zgodnie z regułami, na straży wypełniania których teoretycznie stać powinien Wysoki Urząd i Naczelny Urzędnik, osobiście za to do lat odpowiedzialny, o czym nas wielokrotnie kompetentnie i elegancko na wielu branżowych szkoleniach zapewniał, grając Wielkiego Brata strzegącego bezpieczeństwa naszej działalności gospodarczej. 

Zaczęłam na zimno zastanawiać się, czy dla odmiany nie wydrzeć się na Pana Naczelnego Urzędnika? Mogło zadziałać z zaskoczenia: z pewnością gdyby ktokolwiek wcześniej spróbowałby takiego czynu wiedziałabym o tym, słowo Naczelnego ma wszak zdolność mordowania firm i produktów. I gdy od zafundowania sobie tej przyjemności dzieliło mnie już tylko pół sekundy, gdy nabierałam powietrza w płuca, ten nagle oklapł i przyznając się do tego, że nie stać go na poparcie naszego stanowiska z powodu strachu przed groźbami konkurencji, zaproponował sam z siebie rozwiązanie, na którym mi zależało.

Powinnam być mu wdzięczna. Uratował mój wizerunek profesjonalnej, kompetentnej i opanowanej, o stalowych nerwach  istoty w oczach dwojga pozostałych ekspertów.  "Pani tak do niego spokojnie, jak do dziecka specjalnej troski! Podziwiałam panią!", usłyszałam po wyjściu z budynku i nie umniejszyłam swojego sukcesu informując, że to akurat to mam opanowane do perfekcji. Po co? Eksperci, choć mieli być moim silnym merytorycznym wsparciem, siedzieli cichutko i w dodatku ponieśli całkowitą klęskę. Bo rozwiązanie, które w końcu wypluł z siebie Pan Naczelny Urzędnik satysfakcjonowało tylko mnie: dla ekspertów było zaledwie programem minimum. 

Ja uprzejmie, okazując pełne zrozumienie dla niezręcznej sytuacji, w której znalazł się Pan Naczelny Urzędnik zgodziłam się przejść na produkcję według procedury konkurencji, tym samym zyskując możliwość określenia terminu, w którym to nastąpi. Nie poinformowałam przy tym rozmówcy, że termin, w którym zobowiązuję się to zrobić jest tym, w którym w istocie i tak przestanę produkować, bowiem od pół roku wiem, że mój obecny zleceniodawca sam ma zamiar tę produkcję podjąć. Moja zgoda, która oznaczała, że nie tylko ja, nie tylko mój zleceniodawca, ale i każda inna firma w naszym kraju będzie musiała zawijać małe niebieskie pakieciki według trudniejszej procedury oznaczała dla nich więcej trudnej roboty, bo to na nich spoczywa odpowiedzialność za uruchomienie produkcji u zleceniodawcy.

Jak im idzie? Pierwotny plan zakładał, że firma na końcu drogi produkuje od połowy grudnia.

Pierwsza korekta zakłada koniec lutego.

Ostatecznie mam zamiar pocić się co najwyżej do końca marca: taki termin podałam Panu Naczelnemu Urzędnikowi, który jak widać całkiem odpowiedzialnie, poczytalnie i wszechmocnie decyduje o losach wszystkich dziurotwórców i pakietozawijaczy w naszym kraju. 

Czy więc można się dziwić, że czuję się zdrowa opuściwszy dom wariatów?

I w dodatku, pierwszy raz bez cienia hipokryzji, do tradycyjnego, noworocznego blogowego życzenia dla Czytelników: obyśmy mogli płacić podatki! , mogę dołączyć drugie: obyśmy zdrowi byli!

1036 Chcemy całego życia

zakladka

 W najbliższy weekend wyruszam do Poznania na mały zlot czarow..., eee, matek specjalnych, w tym takich, które czytający ten blog po linii autystycznej doskonale znają, bo one również piszą.

Wieczorem pójdziemy w miasto, my, matki wyrodne, które porzucą z dziką radością swoich podopiecznych.

To wieczorem.

W dzień zamiast grzecznie praktykować matkopolkizm i w ciszy polerować aureolki cierpiętnictwa będziemy głośno krzyczeć, że:Chcemy całego życia!

Chcemy całego życia,  chcemy odzyskać swoje imiona. My, kobiety na co dzień wyłącznie matki jakiś biednych, chorych, niepełnoprawnych Jasiów i Małgoś, z jedynym prawem do hodowli swoich pociech w ramach pokuty za grzechy, których się z pewnością dopuściłyśmy. My wyręczające państwo / bo tak taniej/ i innych zobowiązanych do opieki/ bo tak im wygodniej/.


Razem z nami pokrzyczą o dyskryminacji - oj, co za brzydkie słowo!- same zainteresowane Osoby Niepełnosprawne- one tez chcą całego życia, mają dość traktowania tylko jako obciążenie dla budżetu, tolerowania przez społeczeństwo tylko w tedy, gdy cicho siedzą w kątku i swoją niedoskonałą obecnością w przestrzeni społecznej nie psują innym komfortu.

Wszyscy mamy ponoć równe prawa i będziemy się domagać ich respektowania.

W interesie własnym, naszych rodzin, które nie musza dziedziczyć obowiązku opieki i was wszystkich: niepełnosprawność, to także problem ekonomiczny- należy nim mądrze zarządzać, aby nie kosztował nas wszystkich za wiele.  

 

Do zobaczenia !!!

1035 Notka z wypracowaniem na temat

zakladka

Postać literacka, z którą się utożsamiam.

Nie wracam do lektur, nie stanowią kamieni milowych w moim rozwoju osobistym. Nie napisałabym wypracowania na temat najważniejszej  życiowej lektury, ani o takiej, która zmieniła moje życie. Nie ma też postaci literackiej, z którą czułabym jakoweś szczególne pokrewieństwo. Z lektur zostają mi fragmenciki, detale, drobiazgi.

Zatem i postać literacka do której w jakiś sposób mi najbliżej, nie jest postacią ani pierwszo, ani nawet drugoplanową. Gdyby powieść z której pochodzi była ekranizowana, to aktorka odtwarzająca ją, o ile w ogóle autor scenariusza zostawiłby ten epizod, nie miałaby nawet pół dnia zdjęciowego i  znalazłaby się gdzieś na końcu listy płac. Bo to postać dekoracja, fragment tła, prawie nieistotna a jednak niezbędna, jak w książce, tak i w życiu. Pan Bolesław Prus zapoznaje z nią czytelnika w ostatniej części "Emancypantek" i poświęca jej jeden akapit.

Panna Magdalena, dawszy dramatycznego kosza panu hrabiemu opuszcza pałac i zamieszkuje w pokoiku na czwartym piętrze kamienicy, w której pokoje do wynajęcia wraz z wiktem i opierunkiem oferuje pani Burakiewiczowa. Pani Burakiewiczowa, kobieta bez imienia, to ja. 

Wiecznie zalatana, zmęczona, martwiąca się kotletem skradzionym przez kota, poganiająca kucharkę, tkwiąca po uszy w prozaicznej, powtarzalnej i  niezmiennej codzienności. Kobieta kwoka, karmicielka, matka polka, postać nigdy nie doceniona i której rola w popychaniu ludzkości do przodu zawsze jest pomijana. Siostra będącego na jej utrzymaniu wciąż obiecującego brata i młodszej siostry, mającej kilka talentów z introligatorstwem  i malowaniem na porcelanie włącznie, które to talenty, choć praktykowane przez kilkanaście godzin dziennie nie dają efektów pozwalających na egzystencję bez wsparcia rodziny.

Pani Burakiewiczowa zabiegana całymi dniami, wieczorami siada nad książką rachunkową i liczy jak szybko topnieje niewielki posiadany przez nią kapitalik i martwi się na jak długo starczy...

Swoich topniejących lat nie liczy nigdy.

© Czterdziestka na czereśni
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci