Menu

Czterdziestka na czereśni

Miło by było, gdyby życie składało się przeważnie z przyjemności. Ale że tak nie jest, więc każda samotna po-czterdziestka powinna mieć swoją czeresienkę. Z jej czubka świat wygląda inaczej i można pogodzić się z niektórymi rzeczami. Ponieważ sezon na czereśnie jest krótki, to ciągle szukam ich ekwiwalentu. Niektórzy twierdzą, że to folia bąbelkowa.

1036 Chcemy całego życia

zakladka

 W najbliższy weekend wyruszam do Poznania na mały zlot czarow..., eee, matek specjalnych, w tym takich, które czytający ten blog po linii autystycznej doskonale znają, bo one również piszą.

Wieczorem pójdziemy w miasto, my, matki wyrodne, które porzucą z dziką radością swoich podopiecznych.

To wieczorem.

W dzień zamiast grzecznie praktykować matkopolkizm i w ciszy polerować aureolki cierpiętnictwa będziemy głośno krzyczeć, że:Chcemy całego życia!

Chcemy całego życia,  chcemy odzyskać swoje imiona. My, kobiety na co dzień wyłącznie matki jakiś biednych, chorych, niepełnoprawnych Jasiów i Małgoś, z jedynym prawem do hodowli swoich pociech w ramach pokuty za grzechy, których się z pewnością dopuściłyśmy. My wyręczające państwo / bo tak taniej/ i innych zobowiązanych do opieki/ bo tak im wygodniej/.


Razem z nami pokrzyczą o dyskryminacji - oj, co za brzydkie słowo!- same zainteresowane Osoby Niepełnosprawne- one tez chcą całego życia, mają dość traktowania tylko jako obciążenie dla budżetu, tolerowania przez społeczeństwo tylko w tedy, gdy cicho siedzą w kątku i swoją niedoskonałą obecnością w przestrzeni społecznej nie psują innym komfortu.

Wszyscy mamy ponoć równe prawa i będziemy się domagać ich respektowania.

W interesie własnym, naszych rodzin, które nie musza dziedziczyć obowiązku opieki i was wszystkich: niepełnosprawność, to także problem ekonomiczny- należy nim mądrze zarządzać, aby nie kosztował nas wszystkich za wiele.  

 

Do zobaczenia !!!

1035 Notka z wypracowaniem na temat

zakladka

Postać literacka, z którą się utożsamiam.

Nie wracam do lektur, nie stanowią kamieni milowych w moim rozwoju osobistym. Nie napisałabym wypracowania na temat najważniejszej  życiowej lektury, ani o takiej, która zmieniła moje życie. Nie ma też postaci literackiej, z którą czułabym jakoweś szczególne pokrewieństwo. Z lektur zostają mi fragmenciki, detale, drobiazgi.

Zatem i postać literacka do której w jakiś sposób mi najbliżej, nie jest postacią ani pierwszo, ani nawet drugoplanową. Gdyby powieść z której pochodzi była ekranizowana, to aktorka odtwarzająca ją, o ile w ogóle autor scenariusza zostawiłby ten epizod, nie miałaby nawet pół dnia zdjęciowego i  znalazłaby się gdzieś na końcu listy płac. Bo to postać dekoracja, fragment tła, prawie nieistotna a jednak niezbędna, jak w książce, tak i w życiu. Pan Bolesław Prus zapoznaje z nią czytelnika w ostatniej części "Emancypantek" i poświęca jej jeden akapit.

Panna Magdalena, dawszy dramatycznego kosza panu hrabiemu opuszcza pałac i zamieszkuje w pokoiku na czwartym piętrze kamienicy, w której pokoje do wynajęcia wraz z wiktem i opierunkiem oferuje pani Burakiewiczowa. Pani Burakiewiczowa, kobieta bez imienia, to ja. 

Wiecznie zalatana, zmęczona, martwiąca się kotletem skradzionym przez kota, poganiająca kucharkę, tkwiąca po uszy w prozaicznej, powtarzalnej i  niezmiennej codzienności. Kobieta kwoka, karmicielka, matka polka, postać nigdy nie doceniona i której rola w popychaniu ludzkości do przodu zawsze jest pomijana. Siostra będącego na jej utrzymaniu wciąż obiecującego brata i młodszej siostry, mającej kilka talentów z introligatorstwem  i malowaniem na porcelanie włącznie, które to talenty, choć praktykowane przez kilkanaście godzin dziennie nie dają efektów pozwalających na egzystencję bez wsparcia rodziny.

Pani Burakiewiczowa zabiegana całymi dniami, wieczorami siada nad książką rachunkową i liczy jak szybko topnieje niewielki posiadany przez nią kapitalik i martwi się na jak długo starczy...

Swoich topniejących lat nie liczy nigdy.

1034

zakladka

Dziś droga do pracy wyglądała całkiem jesiennie.

Regularnie wykaszana łąka pozbawiona jest wszystkich kolorowych plamek, wysycha szybciej i brązowieje na niej w brzydkich kupkach niezbierany pokos.

Za bramą firmy zaczyna się za to niekontrolowane szaleństwo: wraz z odejściem pana Mariana skończyła się epoka wiecznie buczącej kosy. Nikt nie ma czasu na koszenie, Misiasty strzyże tylko tu i ówdzie wzdłuż chodniczków i dróg dojazdowych. Wszędzie panoszy się koniczyna, żmijowiec, rumianki i szczaw. I gratis w dodatku barszcz Sosnkowskiego.Fajnie, nie?

Sezon remontowy oznacza malowanie, uszczelnianie, wymianę kolejnego kawałka dachu, sprzątanie kotłowni, wywożenie starych sprzętów. Na nic nie ma czasu a załoga już powoli zaczyna znikać na urlopach, nie robiąc sobie nic z kolejnego tira pełnego zapchajdziur, który pojawia się pod bramą, którego trzeba rozładować.

No czysta bezczelność: urlop w sezonie na zapchajdziury? Pierwszy raz pracujemy w branży, w której sezonowość gra jakąś rolę i jesteśmy przytłoczeni koniecznością pracy pod presją czasu a nie zgodnie z ustalonym zawsze w listopadzie świętym harmonogramem, w którym szefowa rozkładała zajęcia tak, żeby nikt się specjalnie nie spocił. W rezultacie świstaki na produkcji siedzą zrównoważenie i zawijają w te srebe..eee..niebieskie papierki swoje pakieciki a obsada magazynu biega  z obłędem w oczach. Dzień, w którym trzeba wyekspediować z firmy palety z produkcją i zapchajdziury do klientów to małe trzęsienie ziemi a ja stoję sobie jedną nóżką na jednej płycie tektonicznej a drugą na drugiej i  staram się wpływać tonująco na panią A. od pakiecików i panią F. od zapchajdziur, które w panice ogarniają każda swój kawałek, naprzemiennie generując w moją stronę komunikaty w stylu: Huston mamy problem.

I tak sobie płynie dzień za dniem, na czereśni nie ma w tym roku czereśni, a w magazynie zamiast folii bąbelkowej używamy teraz arkuszy mięciutkiej pianki.

Nic dziwnego, że na pytanie pani A.:- Jakie zdążymy? Zwariowała pani? Co pani bierze?, odpowidam:  -Positiwum.

Za zmarznięte wiosną kwiaty na drzewach odpowiedzialna jest na pewno jakaś Big Pharma.

 

 

1033 Notka z powrotem na łańcuchu

zakladka

Wsiadłam do pociągu ( nie)bylejakiego i udałam się do ostatniego, patrząc z południa na północ  lub pierwszego, patrząc w przeciwnym kierunku wiedźmodomu w Polsce.

Gościnne wiedźmodomy rozsiane są po kraju tu i ówdzie, czasami odbywają się w nich zloty czarownic a czasami można się w pojedynkę wprosić na tapczanik,  zalec na nim i czytać podłe kryminały. Wystarczy tylko znać właściwe wiedźmy, a ja mam to szczęście.

Nie mam za to czasu, więc cztery dni bez kul u nogi były drogocenne i miałam zamiar wykorzystać je do maksimum.

Choć niby wiem i pamiętam, że w tym ostatnim gościnnym domu podaje się gościom kawę do łóżka, to jest to dla mnie za każdym razem zaskoczenie. W końcu to pierwsza kawa podana do łóżka od poprzedniej mojej wizyty na tapczaniku, czyli od trzynastu miesięcy.  Świeżo zmielona kawa i na życzenie z mleczkiem oraz brązowym cukrem- znakomity początek, prawda?

Po takim początku biegnę do tramwaju, mam wrażenie, że tam wszyscy się na mnie gapią, bo kto normalny szczerzy się w tramwaju sam do siebie, ale dalej się szczerzę ze szczęścia. Potem wychodzę na plażę i zaczynam marsz, którego finisz powinien wypaść na molo w Sopocie.

20170602_112844

W połowie drogi czuję, że chyba zaraz odpadnie mi nos a zimne fale oparzyły mi nogi. Rąk do wody nie wkładałam, a też pieką i pokrywają się czerwonymi plamami. Drętwieją mi usta, docieram do molo w szybkim tempie i w jeszcze szybszym do kolejki, aby wrócić do domu. Czuję się jak wytarzana w ostrej papryce.Bardzo ostrej.

Zemsta kleszcza. Nie pierwszy to i nie ostatni, który na mnie poleciał, ale tylko ten wgryzł się tak skutecznie, że od tygodni łykam antybiotyk. I pierwszy raz w życiu doświadczam uczulenia na cokolwiek. Tylko czemu na słońce, właśnie wtedy, gdy jestem nad morzem ?

W sobotę przemykam się bardziej zacienioną stroną chodnika, setki igiełek wbijają się w moją skórę.

Niedziela-leje. No jak fajnie.

Poniedziałek- nie dam się! Spowijam się szczelnie bawełnianym szalikiem i idę na spacer po plaży. Idę i idę,dookoła puściuteńko, niebo niebieskie, mewy krzyczą, morze granatowe, szumi: bajka.

Siadam na wymytym przez fale pieńku i pogrążam w lekturze. Spod szala, rozpiętego niczym namiot, w okularach do czytania niewiele widzę z tego co się dzieje dalej, myślami jestem z policjantem tropiącym trupa nafaszerowanego narkotykami, ledwo rejestruję, że gdzieś w pobliżu jakiś pan rozstawił plażowy parawan.

Pewnie dlatego, że spod szala też widać było niewiele, pan pomyślał, że może warto tak w pobliżu? Po jakimś, dość długim  czasie rejestruję, że pan spaceruje sobie od parawaniku do brzegu i z powrotem. A potem zaczyna kursy z prawa na lewo nad brzegiem, w wąskim paśmie mojej ograniczonej kapturkiem widoczności. Podnoszę głowę znad książki i panu wydaje się, że w końcu  zarejestrowałam jego obecność. Okulary do czytania nie pozwalają stwierdzić, czy istotnie pan prezentuje mi swoje, opalone równo z resztą ciała pośladki?

Sięgam więc do torebki, wyjmuję z niej torebkę truskawek, najpierw buty, potem butelkę wody mineralnej a dopiero potem wygrzebuję etui na okulary, zmieniam je na te do dali i .. istotnie, pan  rozebrał się dokładnie. Plaża jest prawie pusta ale nie zupełnie pusta, więc dochodzę do wniosku, że to prawie gwarantuje mi bezpieczeństwo. Pieniek jest wygodny, musiałabym pozbierać te truskawki, buty, torbę, wziąć kurtkę, wędrować w poszukiwaniu kolejnego pieńka... O nie! Byłam tu pierwsza: znów zmieniam okulary i spokojnie wracam do faszerowanego trupa, odgrodzona od pana namiotem z szalika.

Po jakiś dwóch rozdziałach mojej książki pan chyba jednak doszedł do wniosku, że nie dość dokładnie zaprezentował mi swoją ofertę i postanowił to zmienić. Raczej beznadziejna misja, gdyż nadal miałam na nosie okulary do czytania a nie oglądania.  W dodatku w momencie gdy pan już umieścił swoją reklamę na wysokości mojego wzroku i miał zamiar wygłosić jakiś, zapewne w jego mniemaniu zachęcający slogan w mojej torbie zadzwonił telefon.   Dzwoniła Bardzo Ważna Osoba z Bardzo Ważną Sprawą, więc wygrzebawszy aparat skupiłam się na rozmowie i było mi wszystko jedno, czy panu może się wydawać, że mój wzrok błądzi w polecanych przez niego okolicach.

Skończyłam rozmowę a ponieważ z jej treści wynikało, że koniec wakacji i trzeba wracać, zaczęłam zbierać swoje manatki.

-Pani już idzie? -zapytał mnie wyraźnie rozczarowany pan.-Ach, dlaczego?

-Tak, przepraszam pana, ale właśnie zadzwonili z pracy i muszę- wyjaśniłam spokojnie.

Powinnam była dodać "niestety" aby panu nie było tak smutno, ale chyba nie dodałam.Podła. Nie doceniłam starań. 

Jakimś cudem przez te cztery dni zrobiłam wszystko, co powinno się robić na wakacjach. Z gościnną wiedźmą ze zdumieniem odfajkowałam listę:

spacery po plaży były, zwiedzanie zabytków było, lody były, spotkanie  z koleżankami i plotki były, spanie do połu...do dziewiątej było, czytanie głupich kryminałów było, oglądanie seriali ciurkiem było, obiad na świeżym powietrzu był, nawet paznokcie pomalowałam.

Wszystko w mikroskali ale jak się należy- dzięki doskonałym umiejętnościom mojej gospodyni wypełniania czasu gościom.

Dziękuję!!! Czymże byłoby życie bez wiedźm?

A po drodze wracająca na łańcuch matka fotografowała mijane parowozy i lokomotywownie:

20170606_092743

 

 i napisała tę notkę, żeby nie zapomnieć.

1032 Notka refleksyjna

zakladka

Gdyby istniał patent na przenoszenie poukładanych w zdania myśli od razu do pliku, bez pośrednictwa rąk i klawiatury,  to byłby jeden z najbardziej zapisanych blogów na świecie.

Nie, żebym tak dużo myślała i nie, żeby to od razu musiało być z jakimś niewiarygodnym pożytkiem, bo już teraz znacznie więcej osób zapisuje swe 'drogocenne' myśli zamiast czytać innych, ale przyzwyczajona do myśli, że ktoś gdzieś wyłowiwszy Zakładkę z odmętów internetu jednak tu zagląda, jako człowiek dość obowiązkowy, chciałabym coś z przyzwoitą częstotliwością napisać.

Tak więc podczas rozmaitych prozaicznych czynności, które wypełniają mój czas między tymi koniecznymi a nieprozaicznymi, a które zwalniają jakiś pułk szarych komórek, które mogę posłać do boju w celu sformułowania chyba logicznego zdania, układam sobie milion siedemset tysięczną notkę w nadziei, że jednak doniosę ją w pamięci do chwili, gdy i ręce będę miała  wolne.

Próżna nadzieja. Mimo, że jesteście tą grupą ludzi, z którą w ten wirtualny sposób rozmawiam ciągle, to nie macie szans na dowiedzenie się, co właściwie miałam wam do powiedzenia...

W piątek w drodze do pracy zastanawiałam się, kiedy kwitły czeremchy i jakim cudem to przeoczyłam. Potem podniosłam głowę znad drogi i zaprzestawszy podziwiana głębokich dziur i obmyślania źródła, z którego należy pozyskać kasę na tłuczeń do ich zasypania odkryłam, że czeremchy wzdłuż drogi nadal mają jeszcze pączki, więc zakwitną lada chwila. Przyznam, że drobne to odkrycie ucieszyło mnie niezmiernie, bo to znaczy, że jednak są jakieś fajne rzeczy, które mnie w życiu nie ominą z powodu zajmowania się firmą i rodziną.

Zakończywszy produkcję dziur podłużnych z dziurami naprzeciwległymi oraz naprzemianległymi muszę zdobyć teraz zapachajdziury do zatkania  dziury w budżecie.

Dziura ta jest w tym roku dość imponująca, bo spełniłam jedną ze swych kosztownych zachcianek. Zmieniłam nadzorców. A co, kto boga..eee, mi zabroni ?

Istota Najwyższa oszczędziła mi w swej łaskawości  koszmaru bezsenności, dając zdolność zasypiania snem głębokim nawet w obliczu dręczących zmartwień. Prawdziwie koszmarny sen, choć rozgrywający się w bajkowej scenerii który zapamiętałam, bo zwykle snów nie pamiętam i nie przywiązuję do nich wagi, przyśnił mi się do tej pory raz jeden, a uczucie panicznego, śmierdzącego strachu, które mu towarzyszyło wymieniam jako jedno z najgorszych doznań w życiu.

Nie towarzyszył mi do tej pory sen, znany  podobno ogromnej większości ludzi; komisja maturalna lub egzaminacyjna, przed którą stoją z totalną pustką w głowie, nie potrafiąc wykrztusić ani słowa.  I nagle zaczęły pojawiać się w moich snach, ze stałą regularnością, panie nadzorczynie w charakterze takowej komisji.  Nie lubię być niewyspana. Za którymś razem przyśniło mi się, że wstaję i dziękuję wysokiej komisji za współpracę, trudno. I firmę proszę opuścić. Natychmiast. Ale już. Co też obie panie natychmiast uczyniły, nie mając wyjścia, bo to był mój sen. Obudziwszy się rano z uczuciem szczęśliwości absolutnej, lżejsza na duszy o senne kilka kilo, przypomniałam sobie, że moc takową, moc wyrzucenia ich z firmy, mam i w realu. Co też uczyniłam, bo to mój real.

Niestety, małych niebieskich pakiecików również nie wolno zawijać bez pozwolenia. Nie pozostało nic innego, jak przewrócić cała firmę do góry nogami, napisać nowe procedury, zmodyfikować formularze, zaktualizować instrukcje, na nowo przydzielić obowiązki personelowi i przenieść trzy magazyny zamieniając je miejscami. Słowem, odświeżyć 400 metrów kwadratowych powierzchni i przeprogramować wszystko w firmie, łącznie z wpisem do ewidencji działalności. Ostała się jeno instrukcja mycia rąk przy umywalce przy wejściu do działu produkcji i część produkcyjnego personelu.

W ten zmieniony wystrój wnętrz pozostało już tylko bohatersko zaprosić nowych nadzorców. Przyszli, popatrzyli, zostali zwyciężeni. Personel produkcyjny radośnie wrócił  na stanowiska świstaków i bezpiecznie zawija, bez narażania zdrowia i życia własnego i klientów.

Superojciec cierpi, fundując mi ze trzy razy dziennie seanse niezadowolenia; nie sprostałam ambitnemu dziurotwórstwu. Biorę poprawkę na jego pretensje: kilkanaście lat temu, gdy przejmowałam stery firmy na końcu drogi w tej branży w Polsce działało około trzydziestu firm i ani jeden międzynarodowy koncern. Potem wszyscy zaczęli się wykruszać. Na kolejnych branżowych szkoleniach, na których wszyscy znali się już jak łyse konie, dzieliliśmy się wieściami o tych, którzy poddawali się w kolejnych miesiącach. Dziś działają same koncerny i już tylko dwie firmy, podobne do naszej. Sorry, taki mamy klimat. Nie zatrudniam armii ludzi, którzy w koncernach pracują nad spełnieniem wymagań standardów,  wyśrubowanych w komisjach europejskich pod dyktando tychże koncernów, starannie dbających, aby malusieńkie firemki z końców dróg nie pętały się im się pod nogami. Ja te standardy dzielnie wypełniałam sama, ale mam jedno życie, którego celem niekoniecznie jest bycie ekspertem  dziurotwórstwa, takim wystarczającym za kilka potężnych działów. Twardo, nie daję się Superojcu, doceniona przez byłych nadzorców, którzy zaproponowali mi stanowisko eksperta, a ja odmówiłam, dziwiąc się ich niekonsekwencji: wszak przez te lata wiecznie byli niezadowoleni z osiągnięć firmy.

Dzwonią rozczarowani byli klienci. Nagle zrobiliśmy się niezbędni do życia i tak bardzo potrzebni. Gdyby firmy miewały pogrzeby, te wszystkie ciepłe słowa mogłyby paść na naszym i byłaby to piękna i wzruszająca uroczystość. Gdyby miewały nagrobki, na swoim moglibyśmy wyryć, że byliśmy wspaniali.  Pocieszam ich, że przecież nadal żyjemy, zamiast dziur będą teraz pracować na niebieskich pakiecikach naszej marki. Słyszę słowa uznania, a jeden światły pan profesor, polska sława w swojej dziedzinie, zadzwonił osobiście, nie wierząc w pogłoski o końcu firmy na końcu drogi, aby podziękować i pobłogosławić na resztę zawodowego życia. Podobno zasługuję na wszystko, co najlepsze.

Więc poprawiłam koronę i zasuwam. Teraz sprzątam pozostałości po dziurach, a nie jest łatwo posprzątać 40 lat niejednego życia.

Nowe ruszyło, zapchajdziura powoli rozkręca się i rozpycha na zwolnionej powierzchni. Do pracy ruszyli Brat i Misiasty, którzy do tej pory nie znajdowali swojego miejsca wśród skomplikowanych i wymagających dziur.

Teraz w roboty nie chodzi tylko Ruda, nie wiedzieć czemu niezadowolona z "nikogoniemawdomu" , choć przecież może wylegiwać się na każdym z niezajętych foteli.

Bo nigdy jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było, nie?

 

© Czterdziestka na czereśni
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci