Miło by było, gdyby życie składało się przeważnie z przyjemności. Ale że tak nie jest, więc każda samotna po-czterdziestka powinna mieć swoją czeresienkę. Z jej czubka świat wygląda inaczej i można pogodzić się z niektórymi rzeczami. Ponieważ sezon na czereśnie jest krótki, to ciągle szukam ich ekwiwalentu. Niektórzy twierdzą, że to folia bąbelkowa.
piątek, 12 sierpnia 2016
Przestało mi smakować pieczywo.
Nie mogę wziąć do ust chleba.
Piekarnię mamy doskonałą, tak dobrą, że wykończyła konkurencję, której punkt sprzedaży od kilku lat funkcjonował w tym samym budynku. Całe osiedle po prostu przestało kupować odrobinę mąki dmuchaną polepszaczami, gdy obok nagle pojawiła się szansa na chleb doskonały.
Jadłam i nagle przestałam.
Teraz jem styropian, czyli ryżowe grube wafle. Nigdy nie myślałam, że wezmę to do ust.
O tygodni żywię się styropianem.

Niespodziewana kolejna wizyta straszliwych nadzorców, po której został do uregulowania kolejny wielki rachunek i bzdurne zalecenia, możliwe do spełnienia, jednak tak dalece niczego nie wnoszące  w działalność firmy i tak kosztowne, że niedobrze mi się robiło na myśl, że nadzorcy wrócą, by sprawdzić rezultat ich wdrożenia.

Zmiany w prawie, powodujące kompletne opadnięcie rąk, bo jak tu spełniać kolejne wymysły-pomysły, może i pożyteczne w wielkich organizacjach ale nieprzyjazne dla niewielkich firm mieszczących się na końcach dróg...I za kosztowne dla nich.

Prześladujące mnie od tygodni pragnienie bujania się na huśtawce. Nigdy nie lubiłam, jako dziecko bałam się huśtawek rozbujanych za wysoko. Teraz przechodząc koło placów zabaw rozglądam się, czy jest gdzieś taka, na którą się zmieszczę...

Sen-koszmar z wysoką nadzorującą komisją z kolejną wizytą w firmie, po którym obudziłam się ciężko przerażona, z sercem w gardle i spocona jak mysz...

Gigantyczna ulewa, podczas której zerwało nam prawie 200 metrów kwadratowych, kawał pokrycia dachowego, oczywiście tego najnowszego, położonego dwa lata temu: jakimś cudem ocalało tysiąc metrów starego...

Ciśnienie 203? Aparat się zepsuł. Ludzie nie mają takiego ciśnienia!
Jak to? Nie zepsuł się? Drugi pokazuje 199?

Smutna wygrana z ekspertem. Trzy miesiące rycia w różnojęzycznej literaturze fachowej, przedstawiona do weryfikacji,  napisana kosztem świąt i weekendów jedna z kilku wymaganych ocen wad i zalet oraz bezpieczeństwa stosowania dziury podłużnej, solidna i rewelacyjnie opracowana. Wycofanie z oferty i produkcji jednego z trzech wariantów wykonania owej dziury, bowiem wnioski z najnowszych badań wskazywały na najbardziej niekorzystne działania uboczne. Pan ekspert zainkasowawszy za ocenę mojej oceny niemałe honorarium, zapytał, czemu nie rozważyłam stosowania owego trzeciego wariantu, bowiem on i jemu podobni najchętniej stosują właśnie ten...Napisałam dlaczego, w wyjątkowo grzecznych słowach. Ekspert w jednym zdaniu odstąpił od swych żądań...


Przyjęłam kolejną wysoką nadzorującą komisję grzecznie w gabinecie. Po czym przy kolejnym idiotycznym pytaniu, na które nie ma odpowiedniej odpowiedzi po prostu wstałam i wycedziłam przez zęby, że właśnie w tej chwili straciłam cierpliwość, mam dość i bardzo proszę o opuszczenie firmy. Komisja wykonała moje polecenie. A ja poczułam się lekka, leciutka i skrzydła mi urosły u ramion.
Obudziłam się w radosnym nastroju. Prawie szczęśliwa.

Tylko ostatni akapit tego wpisu to nie-rzeczywistość.
Na razie.

Przyszedł czas na fundamentalne decyzje.
Doprawdy, nie każdy w tym kraju musi urodzić się albo umrzeć w towarzystwie dziur z firmy z końca drogi. W obu tych przypadkach delikwentowi jest doskonale obojętne, czyja pieczątka zdobi opakowanie.
Nawet wysoka komisja i eksperci twierdzą, że dziury robią już tylko hobbyści.
Ja pasjonatem tej dziedziny nie jestem, to tylko moja praca, obowiązek wobec rodziny, którą trzeba nakarmić. Zobowiązanie wobec innych rodzin, które z dziurotwórstwa żyją.
Nie znaczy, że dożywotnie. Bo ileż można jechać na oparach?

Przemijanie ma sens. Podobno. Przetestujemy.

Od tygodni prześladuje mnie chęć pochodzenia po płytkiej wodzie, po drobnych kamykach i boso po łące.
Na razie udało mi się odnaleźć zapach nadrzecznego mułu, którym pachniały wakacje dzieciństwa: pierwszy raz od dwóch lat wsiadałam na rower, tylko po to aby jeździć a nie dojechać.
środa, 20 lipca 2016
Życie od jakiegoś czasu mnie odrobinę przerasta.
Odrobinę, bo każda z rzeczy którymi się zajmuję jest do zrobienia i ogarnięcia, tylko nie wszystkie na raz w tym samym czasie.
Od ZUS po Wysoki Urząd i od dziurawego dachu po czyste skarpetki. Nikt nie jest w stanie sprawnie ogarniać tylu ludzi i rzeczy przez dłuższy czas.

Przez jakiś można, co też czyniłam, ale jestem zwyczajnie zmęczona. Ilość osób zależnych ode mnie jest niedopuszczalna w zakresie norm przyjętych dla pierwszego świata, drugiego, trzeciego i w tym czwartym też. Ludzie po prostu tak nie żyją, bo jeśli żyją to szybko umierają. Mnie na taki luksus nie stać.

Misiasty zaś- i nie tylko on, ale jego jeszcze mam możliwość korygować- nie współpracuje. Ma swoją wizję, okopał się na z góry upatrzonych pozycjach i trwa.
"Mam to w dupie" oraz "wisi mi to" to frazy słyszane najczęściej, prawie wyłącznie. I dotyczą prawie wszystkiego.
Wróć. Wszystkiego, bez prawie. Od wspomnianych czystych skarpetek po zarabianie na życie.
Nie chce mi się walczyć, bo uwikłana w walkę na kilkunastu frontach nie mam już wolnych mocy.
Walkę jednak podejmuję, na prezentowanie przeze mnie postawy życiowej wg Misiastego nie stać z kolei wszystkich zależnych, choć oni o tym nie wiedzą.
Tyle, że wtedy gdy ja zajmuję się Misiastym, sypie się wszystko na na innych frontach a wciąż jest tak, że autyści i inni najpierw umierają z głodu, a na autyzm wcale.
No więc na okresowej wizycie u Pana_doktora_z_poczuciem_humoru po prostu się popłakałam. Można być alfą i omegą ale trzema alfami i omegami się nie da, normalnie tacy ktosie miewają wsparcie służb specjalnych i zarabiają w ten sposób na życie. Dobrze zarabiają.

Tu trzeba docenić doskonałą zdolność oceny sytuacji, którą Pan_dr_ z_p.h. zaprezentował już rok temu.
Wręczył mi wtedy karteczkę do pana psychologa, do którego miałam się udać, ha, ha, w towarzystwie wszystkich trzech mężczyzn mojego życia, żeby ich zaprogramował, jeśli już nie na pożyteczne to chociaż na bezkonfliktowe trwanie.

Ponieważ Pan_dr_z_p.h. widuje Misiastego raz na pól roku po 20
minut, Brata jeszcze rzadziej a Superojca nie widział wcale, to pozwoliłam sobie olać jego propozycję.
Wtedy wydawało mi się, że nie mam siły na to, aby podjąć się bohaterskiej próby terapii u polecanego pana psychologa. Miałabym poświęcać tyle czasu, energii i kasy na doprowadzenie do czegoś w czego skuteczność powątpiewam?
Superojca nikt nie zreformował przez lat blisko osiemdziesiąt, Brat stawia opór czterdzieści pięć, Misiasty ćwierć wieku a na wizytówce było całkiem zwyczajne nazwisko, nie wskazujące na to, że mam szansę na audiencję u Trójcy Świętej.

No cóż, pan psycholog, któremu jeszcze nie wymyśliłam ksywki :), nadal jest w jednej osobie, co stwierdziłam naocznie już na pierwszej wizycie, ale jednak zwyczajnie:
a) nie daję rady
b) Misiastemu ktoś jesienią musi wypisać zusowe kwity, więc po prostu nie ośmieliłam się nie skorzystać z telefonu wypisanego na wręczonej mi po raz drugi wizytówce.

Będzie to mieć zgubne skutki finansowe. Oprócz wynagrodzenia dla pana psychologa_chwilowo_bez_określonej_właściwości opłacić trzeba jeszcze bilety w obie strony do miasta wojewódzkiego dla dwóch osób.  Wydatek czasowy szalony, mam jedno popołudnie w tygodniu w plecy. Od 14 do 20 -zgroza. Uzyskanie kwitów zusowych będzie mnie kosztować miesięcznie dokładnie tyle, ile ta renta wynosi. Na życie zostaje Misiastemu 153 zł zasiłku pielęgnacyjnego.

Na pierwszej wizycie, na której byłam sama, pan psycholog wysłuchał, jak jest. Sądząc po minie nie dowierzał.
Druga to ja i Misiasty: siedziałam w kątku cicho a on prezentował się z jak najgorszej strony, czyli normalnie, nawet bez większych starań zrobienia wrażenia.
Pan psycholog przeprowadził rozeznanie i zaproponował wizytę Misiastego solo.
Trzecią godzinę spędzili zdaje się w miłej atmosferze, bo mina pana mówiła, że chyba nie będzie tak źle a ja na pierwszej najwyraźniej konfabulowałam.
Tydzień temu była czwarta, po której wyrwało mu się: pani rzeczywiście ma rację, pani musi tu być i pani w ogóle musi być, co oznacza, że jutro, na piątej, znów będę tłumaczyć Misistemu co pan psycholog miał na myśli...

Wiem, że to nie przychodzi od razu, ale oby przyszło.

Jak się ktoś odważy skomentować, że mam sobie wygospodarować chwilę czasu dla siebie to ma w mordę, zrozumiano???
Chyba, że wpadnie, umyje mi okna, zrobi porządek w obejściu i ogrodzie, to tak, to wtedy może sobie radzić. 
środa, 13 lipca 2016

Godzina szósta rano, w bardzo mokrej drodze do pracy spotykam człowieka.


Równoległym chodnikiem maszeruje starsza pani, energicznie wymachując złożoną czerwoną parasolką z zakrzywioną rączką.

W zgięciu ramienia, w sposób w jaki zwykle celebrytki eksponują swoje kultowe torebki, powiesiła wiklinowy koszyk, w którym dostrzegam butelkę wody i błyszczący nożyk.

Pani udaje się na grzyby, co potwierdza fakt, że włosy ma zabezpieczone elegancko związaną z tyłu chustką a na nogach starożytne zielone kalosze.


Przechodzę na drugą stronę i chwilę maszeruję za panią, nie mogąc oderwać wzroku od jej dynamicznie pracujących pośladków.


W rytm marszu radośnie podskakują na nich czarne literki napisu na dresowej bluzie: "HOT STUFF".

poniedziałek, 11 lipca 2016

Od jakiegoś czasu firma na końcu drogi ma nowego kontrahenta. Dziś do jednego z zatrudnionych tam panów powiedziałam:

-Nie dyskutowałabym ze mną. To ja prowadzę  bloga o xxxx odsłonach tygodniowo.

Zmierzyłam przy tym  pana wzrokiem równie zimnym co nieprzyjaznym z dołu do góry, bo przy moim wzroście inaczej się nie da.

Pan usiłował podjąć ze mną z góry skazaną na niepowodzenie dyskusję w kwestii opisów przedmiotów, którymi się wspólnie zajmujemy. Zamilkł, nie wiem czy z wrażenia, czy ze strachu, że na owym blogu zostanie opisany.

Nie miał biedak szans na weryfikację podanej przeze mnie klikalności, którą odrobinę naciągnęłam, przemilczając znaczący jej spadek wywołany moim spadkiem formy i lenistwem.

Ale skoro słowo się rzekło, słowo trzeba napisać.

Cytat z komentarza, jakże trafny i oddający to na co ostatnio narzekałam:

"Ostatnio zastanawiałam się nawet, że jak człowiek przestaje pisać robi się jeszcze bardziej.... autystyczny(?) Nawet mi się szkoda zrobiło, bo miałam taką zdolność widzenia obrazem- wyobrażania siebie , porównywania zdarzeń, wszystko zanikło."

Mój autyzm nabyty rozwija się  co prawda znakomicie, czy piszę tu czy nie, ale faktycznie straciłam zdolność wyłapywania z powodzi zdarzeń tych drobiazgów, po które większość tu zagląda a dzięki którym ja nie muszę łykać dropsów.

Poza tym kilka dni temu na moim trasie z pewną eks-blogerką z huśtawki łapczywie wymieniałyśmy informacje i wrażenia, korzystając z tych kilku podarowanych nam przez śpiące autyzmy chwil i zdałam sobie sprawę, że gdyby mi nagle zniknęły z życia wszystkie te Doroty, Grażyny, ..., Małgorzaty i Agnieszki, o których wiem, że są choć z nimi nie jestem i choć z ich bycia pozornie nie czerpię, to bym już opadła na dno i nie próbowała nawet mącić mułu.

Kadzimy sobie czasami wzajemnie na Facebooku i tak ma być :)

Skoro nie znudziła wam się pozrywana na wiecznie cieknącym dachu papa i kolejne edycje ćwierćkotków -trwamy dalej. Mnie się wydaje, że napisałam już wszystko, ale jakaś stała w życiu być musi, nic to, że poniżej linii zanurzenia.

Prawdziwki się zaczęły:

W niemożliwie zrytym przez dziki lesie, trafiam na świeżo skopane grządki, na których przewrócona ziemia nie zdąży nawet obeschnąć, ale grzybki bestie zostawiają nieruszone.

Wiem dlaczego: większość niemiłosiernie robaczywa, nie przynoszę ich do domu, a pod koniec wycieczki nawet się już po nie schylam.

Kilka miesięcy temu, zaraz po wyborach prezydenckich, natknęłam się na myśliwską ambonę, powaloną, bo ktoś zgrabnie podpiłował jej drewniane nóżki.

Pomyślałam sobie: ach, dobra zmiana, PAD, w przeciwieństwie do poprzednika, wszak nie poluje, na cóż więc ambony?

A oto co zobaczyłam na niedzielnym spacerze:

Konstrukcja nadzwyczaj solidna. Postoi.

Dziki powinny mieć się na baczności.

22:40, zakladka
Link Komentarze (1) »
środa, 29 czerwca 2016
27 czerwca blog skończył osiem lat.

Tysięczną notkę napisałam 20 czerwca-Notka o zagubionych

Zajrzałam do pierwszych...

Znów czereśnie są, jakie być powinny: z robakami, tylko nie ma już Starszej Zakładki.
Nie, żeby jadała robaki, ale nie ma dla kogo włazić na najwyższe gałęzie. Reszta nie je nawet takich bez robaków.
No i lata już nie te: czereśnia robi się powoli niedostępna, w tym roku ledwo zlazłam z miejsc gdzie wlazłam. Obcięłam część najwyższych gałęzi, hodowla robali nie jest opłacalna, drabina nie rośnie razem z drzewem a masę liści jesienią sprzątać trzeba.

Ulewy też takie, jak osiem lat temu, tylko teraz nie mam czasu na relaks w kałuży.
Na firmowym dachu, jak osiem lat temu, mam ekipę budowlańców.
Inną ekipę, spokojnie, nie siedzą tam stale :)

Lista potrzeb, bo nie marzeń, nadal przerażająco aktualna...

Dość-trzeba jednak konsekwentnie trzymać się postanowienia 
o nie czytaniu własnego bloga, nawet z okazji jubileuszu.

Może czas podjąć decyzję o nie pisaniu, łatwą, skoro i tak się go nie pisze.
Dookoła znikają blogerzy, idą w inne miejsca, robią inne rzeczy, idą do przodu...

A pod czereśnią niby wszystko się zmienia, a nie zmienia się prawie nic...
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 202
| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31