Menu

Czterdziestka na czereśni

Miło by było, gdyby życie składało się przeważnie z przyjemności. Ale że tak nie jest, więc każda samotna po-czterdziestka powinna mieć swoją czeresienkę. Z jej czubka świat wygląda inaczej i można pogodzić się z niektórymi rzeczami. Ponieważ sezon na czereśnie jest krótki, to ciągle szukam ich ekwiwalentu. Niektórzy twierdzą, że to folia bąbelkowa.

1041 Notka o tym co zaraz

zakladka

Czereśnie prawie dojrzały, różowieją w zachodzącym słońcu na najwyższych gałęziach obu drzew, na tych niższych, do których jakoś sięgam stając się na czubkach palców są jeszcze bladożółte i twardawe. Nawet dwa lata temu wspinałabym się już na te wyższe gałęzie, z czystego łakomstwa i obawy, że w tym upale owoce zaraz się ugotują, ale cóż, czas robi swoje: nie dam rady...

Czas zacząć się oswajać z tym, że powoli staję się starszą panią. To nie kokieteria, która ma skłonić kogokolwiek do zaprzeczania, tak jest i już, czuję to w kościach, czas zaczął płynąc inaczej i zadaję sobie pytania jak kiedyś dawałam radę zrobić coś w jeden dzień, gdy teraz zajmuje mi to trzy???

Takie mycie okien. W Lotniskowcu jest ich dwadzieścia siedem sztuk. Garażowe maleństwo liczone tak samo, jak wielkie w pokoju, z wyjściem na balkon. Oczywiście muszę myć je szybko, bo mam jedno życie i na myciu okien spędzić go nie zamierzam. I do niedawna mi się to udawało, teraz jednak czynność ta jakby zawłaszcza coraz większy kawałek życia. Nie ona jedna, niestety. Jakoś dłużej trwa nawet wstanie z łóżka i wyjście do pracy. 

Albo remonty. Pierwszy raz w życiu pomyślałam, że chyba poszukam malarza. Normalnie w piątek po południu zwinęłabym dywan, przesunęła graty i w sobotę wieczorem kładła już ten dywan z powrotem na świeżo umytej posadzce pod pomalowanymi ścianami. Przynajmniej dwa pokoje wymagają malowania. U Brata straszą na suficie purchle spuchniętej od wilgoci farby, dach dawno naprawiony a malowanie czeka. Czeka też na zmianę koloru optymistycznie cytrynowy pokój po Starszej Zakładce -stał sobie pusty aż ubiegłej jesieni przeniosłam się do niego ku uciesze Misiastego, który pozbywszy się matki zza ściany może do woli tupać po nocach i chodzić spać o bardzo dziwnych godzinach. Ta cytrynka wkurzała mnie już w momencie, kiedy kilka lat temu nakładałam ją na ściany i codziennie myślę, że czas ją zamalować. Myślę, wkurzam się, w wyobraźni przesuwam w graty w bo wybitnie źle mi się w pokoju Starszej Zakładki mieszka i ...nadal myślę. 

Zwłaszcza, że z cytrynką da się jeszcze chwilę pożyć, gdy do sypialni wchodzi się praktycznie tylko po to aby zaraz zamknąć oczy lub wychodzi chwilę po ich otwarciu. Za to absolutnie nie dało się żyć bez lodówki, która dożyła kresu. Została wymieniona na nowszy model po straszliwych awanturach z Superojcem. Wyobrażacie sobie ile nerwów kosztowało mnie kupienie nowej lodówki za własne, ciężko zarobione pieniądze? Nie wyobrażacie, bo czynność wyboru i zakupu lodówki  w dzisiejszych czasach gdy dziesiątki modeli stoi w przynajmniej pięciu sklepach w każdym mieście i sprzedający bez problemu dostarczają sprzęt do domu oraz zabierają stary nikomu z nerwami się już raczej nie skojarzy. No ale jeśli się ma na stanie Superojca...

Kiedyś notka: "Superojciec i zakup nowej lodówki"  wlokłaby się przez trzy odcinki, bo to długi i skomplikowany proces był  i wszyscy chichotaliby czytając, ale moja odporność psychiczna zmalała znacznie, nie jestem w stanie patrzeć na niektóre rzeczy z dystansem, stoicki spokój szlag trafia i są już tylko zawalidrogą, Bo kto normalny musi staczać bitwy o wszystko? Począwszy od kupna butelki mleka o poranku?

Tak mi się ulewa dziś, bo w kotłowni leży nowy piecyk do podgrzewania wody, stary naprawiałam trzy razy, od paru tygodni nie mamy ciepłej wody i jutro rano przychodzi hydraulik. Być może naprawi też spłuczkę w toalecie i odetka zatkaną gdzieś daleko i głęboko rurę odpływową z kuchennego zlewu. O ile Superojciec nie wyrwie mu narzędzi z rąk, twierdząc, że on sam zrobi to doskonale. Oczywiście tak sprawnie, jak przez te kilka tygodni od awarii...

Pan hydraulik obiecał też wymianę drzwiczek od wyczystki kominowej, które skonsumowała rdza. Miałam  robić to sama, ale gdy zapytałam gdzie się je kupuje i w jakim rozmiarze powinnam je nabyć, pan hydraulik najpierw zadał nieśmiertelne pytanie: sama pani będzie to robić? -jakby nie znał mnie od lat i nie był bohaterem kilku tutaj notek -a potem zaoferował, że drzwiczkami zajmie się osobiście.

To że zgodziłam się z entuzjazmem, to kolejny dowód na moją postępującą dojrzałość :) i miło by było gdyby Superojciec i pan hydraulik się nie spotkali. 

1040 Notka odkrywcza po linii

zakladka

Cienka warstwa śniegu, która przysypała koniec drogi zamiast zakrywać, odkrywa różne tajemnice.

Widać którędy koty włażą do kotłowni. Można prześledzić kocie ścieżki i po wielkości śladów łapek poznać, którędy wielki biało-czarny kocur, wyżerający koraliki z miski Hieny i Berty dostaje się do szopy.

Zdemaskować kilka norek pod leszczynami i zgadywać co w nich mieszka.

Można określić, które krzaczki najlepiej  smakują sarence, która tradycyjnie o tej porze roku kilka tygodni temu pojawiła się na końcu drogi i jak w zeszłym roku ani myśli wracać  do lasu. Co prawda wszystkie starannie, do ostatniego listeczka obgryzione w zeszłym roku krzaczki doszły do siebie, ale to nie powód, żeby ogryzać je znowu.

Wszyscy zastanawiamy się, czy to koziołek zeszłoroczny czy nowy? Jest większy, ale nie wiemy o ile sarna powinna w ciągu roku zwiększyć objętość. Ma też dłuższe różki i jest mniej płochliwy, w biały dzień łazi po terenie jak pies i ucieka do lasu tylko na widok samochodów kurierów i listonosza- więc może to ten sam?  Kiedy otwieram drzwi magazynu na końcu hali ani myśli uciekać, stoi i patrzy, jakbym to ja tam była nie na miejscu i dopiero po chwili wolno odchodzi. Potrafi podejść do okna i przyglądać się paniom na produkcji, jakby zawijanie niebieskich pakiecików normalnie leżało w sferze sarnich zainteresowań.

Znów otwieramy bramę o piątej, zamykamy jak najpóźniej i dwa razy zostawiliśmy ją otwartą na noc, dając mu szansę na powrót do wolności. Której on jednak nie pragnie: już parę razy przyuważyłam skubańca za furtką: postał, postał, popatrzył i ... w tył zwrot, z powrotem do firmy. Zlecenie na moje zielsko dostał, czy jak? Sarna to nie zwierzę domowe, do stada wrócić powinna a ten nie chce?

Tak od dłuższego czasu w przerwach śniadaniowych snuliśmy rozważania on ci to, czy inny, dziwiąc się niechęci koziołka do życia w grupie.

Do dzisiaj. Dziś mnie olśniło. To takie proste.

Koziołek też trafił mi się autystyczny.

1039 Notka starannie opróżniona

zakladka

Zielony worek na szkło jest prawie pusty, kiedy ruszam z nim spod firmowej bramy. Na dnie pobrzękuje parę słoiczków po kawie i skonsumowanej przez załogę musztardzie. Dzień wywozu śmieci, trzeba worki dostarczyć do asfaltowej drogi, o tym jednym, pustawym Misiasty akurat zapomniał.  

Poruszając się nieregularnym zygzakiem, zataczając się od lewej strony drogi do prawej,  jakbym sama wypiła to, po czym zbieram pojemniczki, pięćdziesiąt metrów dalej worek ledwo taszczę. Butelczyny po 1906 a 250 ml i 100 ml -reprezentacja najliczniejsza, jeden nieduży Absolwent, cztery po piwie Łomża, kilka szkiełek po kolorowych drinkach, opróżnionych zapewne w okolicach sylwestra, coś elegancko wysmukłego, co straciło etykietę i tradycyjnie nie obeszło się bez Żubrówki i gorzkiej żołądkowej a popitką był napój Tymbark jabłko-mięta. Norma.

Ale litrowy Johny Walker Black?

Woda Perrier?

Widocznie odludny, wieczorami pusty i tonący w dyskretnej ciemności parking firmy na końcu drogi zaczyna odwiedzać inna niż dotychczas klientela.

1038 Depresja klauna

zakladka

Mam ostatnio czas, żeby pisać. Leżę na płasko i odpoczywam, nienadzorowany świat wokoło popada w ruinę, ale trudno. Przecież nikomu poza mną to nie przeszkadza, ze stert trzytygodniowego prania zawalających duży pokój zainteresowani wyławiają jakoś pozornie pasującą parę skarpet, spokojnie pomijając całą resztę. A ja leżę sobie nie w dużym pokoju, to i drzeć się, żeby zabrali wszystkie swoje ciuchy, mi się nie chce. Nie przeszkadzają mi pokryte warstwą kurzu, od trzech tygodni nieodkurzane podłogi, choć przyklejanie się do tej w kuchni jest trochę irytujące, bo poruszam się i tak z trudem.

-Znowu zupa?- Misiasty dał wyraz swojemu rozczarowaniu na wieść, że dziś rosół. No cóż, zupy wymagają najmniej wysiłku. Daję radę bez wsparcia. Jak to: bez wsparcia? No przecież oni ROBIĄ. ZA MNIE. POMAGAJĄ. Tak, i są tym tak zmęczeni, że wiadomość o możliwości obrania ziemniaków i usmażenia kotletów z piersi kurczaczej oraz wyjęciu gotowej surówki z pojemnika natychmiast zwiększa ich apetyt na rosołek, który raptem będzie zupełnie wystarczający.

W tym momencie żeńska część czytelników /choć chyba męskiej nie ma wcale :) / kiwa ze zrozumieniem głowami, bo też tak ma.

Otóż chyba jednak nie. Bardzo podobnie, ale nie tak samo. Większość populacji męskiej miga się jak może od czynności domowych i wszelkich pożytecznych-koniecznych. Jednak chyba nie wszystkim jest doskonale wszystko jedno, jak się im żyje we wszystkich, ale to absolutnie wszystkich, obszarach życia. Mogą nie robić czegoś, czego nie uznają za istotne, ale zawsze znajdzie się choć jedno poletko, nad którym pochylą się z troską. Moim nie zależy na niczym i nic nie jest im potrzebne. Jest to jest, nie ma-to nie ma. Spokojnie cofnęli by się do epoki kamienia łupanego i nie zauważyli, że śpią na ziemi. Co więcej: gdyby ich cofnąć, to raczej nie popchnęliby świata do przodu-czasami myślę, że nie ma takiego dna, od którego są się w stanie odbić. Każdy normalny facet, głodny tygodniami, nawet nie posiadający podstawowej umiejętności obsługi noża, w końcu by ją nabył i kartofelki jednak obrał. Albo poszedł i kupił obiad. Zrobił cokolwiek innego, żeby głód zaspokoić. Moi nie: tresowani do pomocy, obierający sprawnie kartofelki, smażący kotlety, etc. kiedy nad nimi stoję, nie zrobią tego nie nadzorowani, sami z siebie. Dziura w mózgu: nie posiadając potrzeb zapominają, że wiedzą, jak się je zaspokaja. Dobra, mogą być głodni-ale dlaczego ja razem z nimi?

No i całkiem przypadkiem wyszła mi notka i to taka, jak zwykle w autystycznym klimacie. Dla mnie nudna, nieistotna, jęcząca, nic nie wnosząca.

A miało być o tym, że mam czas na pisanie i nie piszę. Jest mnóstwo tematów, zapisanych w pamięci, prawie ułożonych w notki. Ważnych, wiem, powinny zostać zapisane już dawno. Nie zostały i wiem dlaczego.

Bo już nie potrafię. Nie potrafię tak, jak zawsze chcieliście, czyli tak jak było: z gałęzi czereśni z dystansem, o tym, co ciekawi nie żyjących z autyzmem na co dzień, którym ta odmienność wydaje się interesująca, jak życie bakterii obserwowanych pod mikroskopem-szlag właśnie trafia edukacyjną warstwę tego bloga. Stała się jakimś obowiązkiem, szeptanym przymusem; pisz, niech wiedzą, będą bardziej tolerancyjni, nieś ten kaganek oświaty, odmieńcom będzie lepiej. Niby nie bieda: takich informacyjnych, znacznie wartościowszych i lepiej pisanych blogów jest sporo-matki dostrzegają korzyści z klepania o tej "fascynującej"  i robiącej się "modną" odmienności. Coraz częściej łapki na klawiaturze kładą sami zainteresowani: za jakiś czas, jak już przestaną być tak obrażeni na starych blogerów, za to, że ośmielaliśmy się o nich- bez nich i bezczelnie sprzedawaliśmy ich prywatność, narzekając, jak się nam ciężko z nimi żyje, da się ich nawet czytać. Kiedy przestaną pisać  z martyrologiczną nutką, jak to są przez normalsów ciemiężeni, a zaczną wyjaśniać swój świat z wdziękiem dobrego popularyzatora nauki, będą całkiem interesujący: w końcu kto napisze ciekawszą notkę z życia bakterii, jak nie ona sama?

Znacznie gorzej, że nie potrafię pisać już dla innych matek. Pisać tak, aby wyglądało, że się da, że można, że choć strasznie, to przynajmniej śmiesznie, że życie nie składa  się z samego dna, a jeśli, to nawet na dnie da się wygodnie żyć a to straszne, mityczne wypalenie jest faktycznie mityczne. (Baby!- już wy wiecie które- serio nie ma powodu, żebyście dostały zawału :) ) Nie nie mam źle, wiele z nas ma gorzej i oczywiście, bo jakże by inaczej, radzę sobie i radzić będę, wsparcia nie wymagam. (No, poza tymi fejsbukowymi wirtualnymi lampkami wina matek specjalnych i telefonami od wielkiego dzwonu)

Zrozumiałam tylko samobójstwo. Nie, nie takie całkiem realne, fizyczne. Tylko takie, gdy w człowieku umiera klaun. Kiedy się już nie chce z uśmiechem i ciepłym humorem wyjść na scenę i bawić wszystkich tak, jak przywykli i jak tego oczekują, bo nikt nie robi tego tak dobrze, jak ty. Takie samobójstwo Robina Williamsa, gdy nie potrafisz być już przegranym optymistą a twojej kreacji tragicznej, choćby najlepiej zagranej i tak nikt na serio nie weźmie, bo on jej po prostu nie chce.

Rzeczywistości raczej nikt nigdy nie chce-czasami tylko przez chwilę, gdy nas akurat przypadkiem zadowala.

A ja pisać mogłabym już tylko o reszcie.

1037 Notka racjonalizująca

zakladka

Dni i tygodnie są za krótkie.

Nikogo tutaj nie zdziwi informacja, że rzadko wychodzę z pracy.  Żaden news, prawda?

Ze starego próbuję wycisnąć ile się da, trzeba pochylić się nad nowym.

Smutno mi bardzo, gdy żegnają się z nami kolejne osoby z załogi i zwyczajnie martwię się i boję nieznanej przyszłości, bo nawet jeśli raczkuje, to nie wiadomo czy stanie na nogi i się na nich utrzyma.

Jednocześnie jest mi spokojnie i dobrze. Stan ten niepokoi mnie bardzo: kto nie mając widoków na stabilne źródło utrzymania rodziny a nawet wiedząc, że za miesiąc może nie mieć na rachunki jest zadowolony z życia? Powinna mnie napędzać choćby obawa przed jutrem, a ja siedzę sobie spokojnie i jakoś tak sprzątam dookoła, jakbym wiedziała czemu robię miejsce.

Nie wiem, ale wiem, a właściwie czuję, że mnie osobiście decyzja o porzuceniu dziurotwórstwa może wyjść na dobre. Mam więcej powodów do zmartwienia niż wcześniej, a martwię się mniej. Nie śnią mi się nadzorcy. Nie pracuję pod ciągłą presją potencjalnej, niezadowalającej oceny wyników tej pracy. Po prostu przychodzę do pracy, robię swoje i wychodzę, na luzie, jakbym to nie ja musiała płacić swoje i innych składki na ZUS. Całkiem prosto robi się rzeczy, od których nie zależy niczyje zdrowie ani życie, komfortowo obsługuje problemy pierwszego świata, choć w końcu mam do czynienia z prawdziwymi klientami, którzy potrafią być zwyczajnie chamscy bez powodu i uzasadnienia. Czasami mnie zirytują i kto wie, może jednak zatęsknię kiedyś za tymi nieprzytomnymi, nieświadomymi, którzy nie mogli się poskarżyć a reklamacje leżały poza ich zasięgiem, ale na razie ze swojej decyzji jestem zadowolona.

Częściowo dlatego, że ostatnia moja wizyta w Wysokim Urzędzie uświadomiła mi, że nawet jeśli poniosłam porażkę, to nie z powodu własnej niemocy czy nieudolności: ja po prostu nie miałam szans na sukces.

Wysoki Urząd zdecydował bowiem, że małych niebieskich pakiecików robić nie możemy, bo...nie chce tego nasza konkurencja.

I tyle. W krótkich słowach poinformował nas o tym Pan Naczelny Urzędnik w Wysokim Urzędzie. Konkurencja jest duża, silna, zatrudnia parę tysięcy ludzi i taka mała firemka z końca drogi nie ma prawa stawać jej na drodze, bo nie. Pan Naczelny Urzędnik ma temu zapobiec, więc to czyni, bo konkurencja zasugerowała, że za pośrednictwem prokuratora przypomni Panu Urzędnikowi, na straży czyich interesów stać powinien.

Ze zdumieniem wysłuchałam tego absolutnie ostatecznego argumentu na koniec dwugodzinnego spotkania z Naczelnym Urzędnikiem, do którego doszło w Wysokim Urzędzie, w pokoju o wyglądzie szklanego akwarium, przygotowanego specjalnie na spotkania z petentami tak, aby będąc na widoku nie próbowali korumpować tego i pozostałych urzędników. Na spotkanie przyjechałam na zaproszenie Urzędu: wyznaczono je w konsekwencji naszego odwołania od niekorzystnej decyzji: małe niebieskie pakieciki są zawijane przez nas według tej samej procedury, która stosowana jest w innych państwach europejskich, jednak nasz Wysoki Urząd uznał, że na piastowskiej ziemi jedyną słuszną jest receptura naszej konkurencji. Na dziewięć stron logicznych, mających umocowanie w obowiązujących przepisach naszych dociekliwych pytań dlaczego tak, Urząd odpowiadać nie chciał na piśmie, zaproszono nas więc w celu, jak nam się wówczas wydawało, wymiany poglądów i ustalenia jednej, spójnej i bezwątpliwej interpretacji przepisów, w oryginale napisanych w języku angielskim.  Uzbrojona po zęby w paragrafy, dowody i przykłady, w obstawie dwóch innych, kutych na cztery nogi i równie kompetentnych specjalistów /tak, tak zaliczam się/ stawiłam się gotowa do merytorycznej dyskusji.

Niezwykle naiwna istota ze mnie. Możecie się śmiać.

Przez dwie godziny "rozmowy" Pan Naczelny Urzędnik nie dał mi dokończyć zdania. Ba, on nie dał mi, ani dwojgu pozostałym nawet dojechać do połowy zdania: mam wrażenie, że jedynym zwrotem, po którym mogłabym postawić kropkę, gdyby rozmowa była zapisywana, było dzień dobry. Żałuję zresztą, że nie nagrywałam całości. Byliśmy przygotowani do partnerskiej rozmowy specjalistów, którym wspólnie zależy na osiągnięciu porozumienia i ostatecznym wyjaśnieniu kwestii budzących wątpliwości  a nie na krzyki, przerywanie wypowiedzi, uciszanie i wykręcanie kota ogonem i coś takiego nie przyszło mi do głowy.

W powietrze wyleciały kartki, na których widniały pieczęcie Wysokiego Urzędu a Naczelny Urzędnik stwierdził, że zapisane tam decyzje są gówno warte, mimo, że on sam osobiście przez lata je podpisywał. Na niecałe dwie minuty pojawiły się w akwarium, jakoby w charakterze niekwestionowanych autorytetów,  wezwane przez swego szefa w trybie pilnym i natychmiastowym dwie urzędniczki, tylko po to, aby szef cisnął w nie plastikowym kubeczkiem i blade, nie wyjąkawszy nawet dwóch wyrazów, stały w kącie czekając na pozwolenie opuszczenia pomieszczenia. O trzecim urzędniku, moim rówieśniku, którego również traktowałam jak specjalistę, prowadzącym sprawę pakiecików od początku, po tym,  jak po sugestii, że jest idiotą, został dwukrotnie zobowiązany do zamknięcia się a drugie polecenie zostało wzmocnione mocnym trzepnięciem segregatorem po łapach, pomyślałam, że się w weekendy upija, albo po robocie bija żonę. Jakże inaczej, bez odreagowania, dorosły, poważny facet, który wychwyciwszy moje spojrzenie bezradnie uśmiecha się do mnie z drugiej strony stołu mógłby w tej robocie za relatywnie marne pieniądze wytrzymać?  Zdumiona, uświadomiłam sobie, że trwam w świecie fikcji, zdrowie i czas poświęcając na grę zgodnie z regułami, na straży wypełniania których teoretycznie stać powinien Wysoki Urząd i Naczelny Urzędnik, osobiście za to do lat odpowiedzialny, o czym nas wielokrotnie kompetentnie i elegancko na wielu branżowych szkoleniach zapewniał, grając Wielkiego Brata strzegącego bezpieczeństwa naszej działalności gospodarczej. 

Zaczęłam na zimno zastanawiać się, czy dla odmiany nie wydrzeć się na Pana Naczelnego Urzędnika? Mogło zadziałać z zaskoczenia: z pewnością gdyby ktokolwiek wcześniej spróbowałby takiego czynu wiedziałabym o tym, słowo Naczelnego ma wszak zdolność mordowania firm i produktów. I gdy od zafundowania sobie tej przyjemności dzieliło mnie już tylko pół sekundy, gdy nabierałam powietrza w płuca, ten nagle oklapł i przyznając się do tego, że nie stać go na poparcie naszego stanowiska z powodu strachu przed groźbami konkurencji, zaproponował sam z siebie rozwiązanie, na którym mi zależało.

Powinnam być mu wdzięczna. Uratował mój wizerunek profesjonalnej, kompetentnej i opanowanej, o stalowych nerwach  istoty w oczach dwojga pozostałych ekspertów.  "Pani tak do niego spokojnie, jak do dziecka specjalnej troski! Podziwiałam panią!", usłyszałam po wyjściu z budynku i nie umniejszyłam swojego sukcesu informując, że to akurat to mam opanowane do perfekcji. Po co? Eksperci, choć mieli być moim silnym merytorycznym wsparciem, siedzieli cichutko i w dodatku ponieśli całkowitą klęskę. Bo rozwiązanie, które w końcu wypluł z siebie Pan Naczelny Urzędnik satysfakcjonowało tylko mnie: dla ekspertów było zaledwie programem minimum. 

Ja uprzejmie, okazując pełne zrozumienie dla niezręcznej sytuacji, w której znalazł się Pan Naczelny Urzędnik zgodziłam się przejść na produkcję według procedury konkurencji, tym samym zyskując możliwość określenia terminu, w którym to nastąpi. Nie poinformowałam przy tym rozmówcy, że termin, w którym zobowiązuję się to zrobić jest tym, w którym w istocie i tak przestanę produkować, bowiem od pół roku wiem, że mój obecny zleceniodawca sam ma zamiar tę produkcję podjąć. Moja zgoda, która oznaczała, że nie tylko ja, nie tylko mój zleceniodawca, ale i każda inna firma w naszym kraju będzie musiała zawijać małe niebieskie pakieciki według trudniejszej procedury oznaczała dla nich więcej trudnej roboty, bo to na nich spoczywa odpowiedzialność za uruchomienie produkcji u zleceniodawcy.

Jak im idzie? Pierwotny plan zakładał, że firma na końcu drogi produkuje od połowy grudnia.

Pierwsza korekta zakłada koniec lutego.

Ostatecznie mam zamiar pocić się co najwyżej do końca marca: taki termin podałam Panu Naczelnemu Urzędnikowi, który jak widać całkiem odpowiedzialnie, poczytalnie i wszechmocnie decyduje o losach wszystkich dziurotwórców i pakietozawijaczy w naszym kraju. 

Czy więc można się dziwić, że czuję się zdrowa opuściwszy dom wariatów?

I w dodatku, pierwszy raz bez cienia hipokryzji, do tradycyjnego, noworocznego blogowego życzenia dla Czytelników: obyśmy mogli płacić podatki! , mogę dołączyć drugie: obyśmy zdrowi byli!

© Czterdziestka na czereśni
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci