Menu

Czterdziestka na czereśni

Miło by było, gdyby życie składało się przeważnie z przyjemności. Ale że tak nie jest, więc każda samotna po-czterdziestka powinna mieć swoją czeresienkę. Z jej czubka świat wygląda inaczej i można pogodzić się z niektórymi rzeczami. Ponieważ sezon na czereśnie jest krótki, to ciągle szukam ich ekwiwalentu. Niektórzy twierdzą, że to folia bąbelkowa.

1033 Notka z powrotem na łańcuchu

zakladka

Wsiadłam do pociągu ( nie)bylejakiego i udałam się do ostatniego, patrząc z południa na północ  lub pierwszego, patrząc w przeciwnym kierunku wiedźmodomu w Polsce.

Gościnne wiedźmodomy rozsiane są po kraju tu i ówdzie, czasami odbywają się w nich zloty czarownic a czasami można się w pojedynkę wprosić na tapczanik,  zalec na nim i czytać podłe kryminały. Wystarczy tylko znać właściwe wiedźmy, a ja mam to szczęście.

Nie mam za to czasu, więc cztery dni bez kul u nogi były drogocenne i miałam zamiar wykorzystać je do maksimum.

Choć niby wiem i pamiętam, że w tym ostatnim gościnnym domu podaje się gościom kawę do łóżka, to jest to dla mnie za każdym razem zaskoczenie. W końcu to pierwsza kawa podana do łóżka od poprzedniej mojej wizyty na tapczaniku, czyli od trzynastu miesięcy.  Świeżo zmielona kawa i na życzenie z mleczkiem oraz brązowym cukrem- znakomity początek, prawda?

Po takim początku biegnę do tramwaju, mam wrażenie, że tam wszyscy się na mnie gapią, bo kto normalny szczerzy się w tramwaju sam do siebie, ale dalej się szczerzę ze szczęścia. Potem wychodzę na plażę i zaczynam marsz, którego finisz powinien wypaść na molo w Sopocie.

20170602_112844

W połowie drogi czuję, że chyba zaraz odpadnie mi nos a zimne fale oparzyły mi nogi. Rąk do wody nie wkładałam, a też pieką i pokrywają się czerwonymi plamami. Drętwieją mi usta, docieram do molo w szybkim tempie i w jeszcze szybszym do kolejki, aby wrócić do domu. Czuję się jak wytarzana w ostrej papryce.Bardzo ostrej.

Zemsta kleszcza. Nie pierwszy to i nie ostatni, który na mnie poleciał, ale tylko ten wgryzł się tak skutecznie, że od tygodni łykam antybiotyk. I pierwszy raz w życiu doświadczam uczulenia na cokolwiek. Tylko czemu na słońce, właśnie wtedy, gdy jestem nad morzem ?

W sobotę przemykam się bardziej zacienioną stroną chodnika, setki igiełek wbijają się w moją skórę.

Niedziela-leje. No jak fajnie.

Poniedziałek- nie dam się! Spowijam się szczelnie bawełnianym szalikiem i idę na spacer po plaży. Idę i idę,dookoła puściuteńko, niebo niebieskie, mewy krzyczą, morze granatowe, szumi: bajka.

Siadam na wymytym przez fale pieńku i pogrążam w lekturze. Spod szala, rozpiętego niczym namiot, w okularach do czytania niewiele widzę z tego co się dzieje dalej, myślami jestem z policjantem tropiącym trupa nafaszerowanego narkotykami, ledwo rejestruję, że gdzieś w pobliżu jakiś pan rozstawił plażowy parawan.

Pewnie dlatego, że spod szala też widać było niewiele, pan pomyślał, że może warto tak w pobliżu? Po jakimś, dość długim  czasie rejestruję, że pan spaceruje sobie od parawaniku do brzegu i z powrotem. A potem zaczyna kursy z prawa na lewo nad brzegiem, w wąskim paśmie mojej ograniczonej kapturkiem widoczności. Podnoszę głowę znad książki i panu wydaje się, że w końcu  zarejestrowałam jego obecność. Okulary do czytania nie pozwalają stwierdzić, czy istotnie pan prezentuje mi swoje, opalone równo z resztą ciała pośladki?

Sięgam więc do torebki, wyjmuję z niej torebkę truskawek, najpierw buty, potem butelkę wody mineralnej a dopiero potem wygrzebuję etui na okulary, zmieniam je na te do dali i .. istotnie, pan  rozebrał się dokładnie. Plaża jest prawie pusta ale nie zupełnie pusta, więc dochodzę do wniosku, że to prawie gwarantuje mi bezpieczeństwo. Pieniek jest wygodny, musiałabym pozbierać te truskawki, buty, torbę, wziąć kurtkę, wędrować w poszukiwaniu kolejnego pieńka... O nie! Byłam tu pierwsza: znów zmieniam okulary i spokojnie wracam do faszerowanego trupa, odgrodzona od pana namiotem z szalika.

Po jakiś dwóch rozdziałach mojej książki pan chyba jednak doszedł do wniosku, że nie dość dokładnie zaprezentował mi swoją ofertę i postanowił to zmienić. Raczej beznadziejna misja, gdyż nadal miałam na nosie okulary do czytania a nie oglądania.  W dodatku w momencie gdy pan już umieścił swoją reklamę na wysokości mojego wzroku i miał zamiar wygłosić jakiś, zapewne w jego mniemaniu zachęcający slogan w mojej torbie zadzwonił telefon.   Dzwoniła Bardzo Ważna Osoba z Bardzo Ważną Sprawą, więc wygrzebawszy aparat skupiłam się na rozmowie i było mi wszystko jedno, czy panu może się wydawać, że mój wzrok błądzi w polecanych przez niego okolicach.

Skończyłam rozmowę a ponieważ z jej treści wynikało, że koniec wakacji i trzeba wracać, zaczęłam zbierać swoje manatki.

-Pani już idzie? -zapytał mnie wyraźnie rozczarowany pan.-Ach, dlaczego?

-Tak, przepraszam pana, ale właśnie zadzwonili z pracy i muszę- wyjaśniłam spokojnie.

Powinnam była dodać "niestety" aby panu nie było tak smutno, ale chyba nie dodałam.Podła. Nie doceniłam starań. 

Jakimś cudem przez te cztery dni zrobiłam wszystko, co powinno się robić na wakacjach. Z gościnną wiedźmą ze zdumieniem odfajkowałam listę:

spacery po plaży były, zwiedzanie zabytków było, lody były, spotkanie  z koleżankami i plotki były, spanie do połu...do dziewiątej było, czytanie głupich kryminałów było, oglądanie seriali ciurkiem było, obiad na świeżym powietrzu był, nawet paznokcie pomalowałam.

Wszystko w mikroskali ale jak się należy- dzięki doskonałym umiejętnościom mojej gospodyni wypełniania czasu gościom.

Dziękuję!!! Czymże byłoby życie bez wiedźm?

A po drodze wracająca na łańcuch matka fotografowała mijane parowozy i lokomotywownie:

20170606_092743

 

 i napisała tę notkę, żeby nie zapomnieć.

1032 Notka refleksyjna

zakladka

Gdyby istniał patent na przenoszenie poukładanych w zdania myśli od razu do pliku, bez pośrednictwa rąk i klawiatury,  to byłby jeden z najbardziej zapisanych blogów na świecie.

Nie, żebym tak dużo myślała i nie, żeby to od razu musiało być z jakimś niewiarygodnym pożytkiem, bo już teraz znacznie więcej osób zapisuje swe 'drogocenne' myśli zamiast czytać innych, ale przyzwyczajona do myśli, że ktoś gdzieś wyłowiwszy Zakładkę z odmętów internetu jednak tu zagląda, jako człowiek dość obowiązkowy, chciałabym coś z przyzwoitą częstotliwością napisać.

Tak więc podczas rozmaitych prozaicznych czynności, które wypełniają mój czas między tymi koniecznymi a nieprozaicznymi, a które zwalniają jakiś pułk szarych komórek, które mogę posłać do boju w celu sformułowania chyba logicznego zdania, układam sobie milion siedemset tysięczną notkę w nadziei, że jednak doniosę ją w pamięci do chwili, gdy i ręce będę miała  wolne.

Próżna nadzieja. Mimo, że jesteście tą grupą ludzi, z którą w ten wirtualny sposób rozmawiam ciągle, to nie macie szans na dowiedzenie się, co właściwie miałam wam do powiedzenia...

W piątek w drodze do pracy zastanawiałam się, kiedy kwitły czeremchy i jakim cudem to przeoczyłam. Potem podniosłam głowę znad drogi i zaprzestawszy podziwiana głębokich dziur i obmyślania źródła, z którego należy pozyskać kasę na tłuczeń do ich zasypania odkryłam, że czeremchy wzdłuż drogi nadal mają jeszcze pączki, więc zakwitną lada chwila. Przyznam, że drobne to odkrycie ucieszyło mnie niezmiernie, bo to znaczy, że jednak są jakieś fajne rzeczy, które mnie w życiu nie ominą z powodu zajmowania się firmą i rodziną.

Zakończywszy produkcję dziur podłużnych z dziurami naprzeciwległymi oraz naprzemianległymi muszę zdobyć teraz zapachajdziury do zatkania  dziury w budżecie.

Dziura ta jest w tym roku dość imponująca, bo spełniłam jedną ze swych kosztownych zachcianek. Zmieniłam nadzorców. A co, kto boga..eee, mi zabroni ?

Istota Najwyższa oszczędziła mi w swej łaskawości  koszmaru bezsenności, dając zdolność zasypiania snem głębokim nawet w obliczu dręczących zmartwień. Prawdziwie koszmarny sen, choć rozgrywający się w bajkowej scenerii który zapamiętałam, bo zwykle snów nie pamiętam i nie przywiązuję do nich wagi, przyśnił mi się do tej pory raz jeden, a uczucie panicznego, śmierdzącego strachu, które mu towarzyszyło wymieniam jako jedno z najgorszych doznań w życiu.

Nie towarzyszył mi do tej pory sen, znany  podobno ogromnej większości ludzi; komisja maturalna lub egzaminacyjna, przed którą stoją z totalną pustką w głowie, nie potrafiąc wykrztusić ani słowa.  I nagle zaczęły pojawiać się w moich snach, ze stałą regularnością, panie nadzorczynie w charakterze takowej komisji.  Nie lubię być niewyspana. Za którymś razem przyśniło mi się, że wstaję i dziękuję wysokiej komisji za współpracę, trudno. I firmę proszę opuścić. Natychmiast. Ale już. Co też obie panie natychmiast uczyniły, nie mając wyjścia, bo to był mój sen. Obudziwszy się rano z uczuciem szczęśliwości absolutnej, lżejsza na duszy o senne kilka kilo, przypomniałam sobie, że moc takową, moc wyrzucenia ich z firmy, mam i w realu. Co też uczyniłam, bo to mój real.

Niestety, małych niebieskich pakiecików również nie wolno zawijać bez pozwolenia. Nie pozostało nic innego, jak przewrócić cała firmę do góry nogami, napisać nowe procedury, zmodyfikować formularze, zaktualizować instrukcje, na nowo przydzielić obowiązki personelowi i przenieść trzy magazyny zamieniając je miejscami. Słowem, odświeżyć 400 metrów kwadratowych powierzchni i przeprogramować wszystko w firmie, łącznie z wpisem do ewidencji działalności. Ostała się jeno instrukcja mycia rąk przy umywalce przy wejściu do działu produkcji i część produkcyjnego personelu.

W ten zmieniony wystrój wnętrz pozostało już tylko bohatersko zaprosić nowych nadzorców. Przyszli, popatrzyli, zostali zwyciężeni. Personel produkcyjny radośnie wrócił  na stanowiska świstaków i bezpiecznie zawija, bez narażania zdrowia i życia własnego i klientów.

Superojciec cierpi, fundując mi ze trzy razy dziennie seanse niezadowolenia; nie sprostałam ambitnemu dziurotwórstwu. Biorę poprawkę na jego pretensje: kilkanaście lat temu, gdy przejmowałam stery firmy na końcu drogi w tej branży w Polsce działało około trzydziestu firm i ani jeden międzynarodowy koncern. Potem wszyscy zaczęli się wykruszać. Na kolejnych branżowych szkoleniach, na których wszyscy znali się już jak łyse konie, dzieliliśmy się wieściami o tych, którzy poddawali się w kolejnych miesiącach. Dziś działają same koncerny i już tylko dwie firmy, podobne do naszej. Sorry, taki mamy klimat. Nie zatrudniam armii ludzi, którzy w koncernach pracują nad spełnieniem wymagań standardów,  wyśrubowanych w komisjach europejskich pod dyktando tychże koncernów, starannie dbających, aby malusieńkie firemki z końców dróg nie pętały się im się pod nogami. Ja te standardy dzielnie wypełniałam sama, ale mam jedno życie, którego celem niekoniecznie jest bycie ekspertem  dziurotwórstwa, takim wystarczającym za kilka potężnych działów. Twardo, nie daję się Superojcu, doceniona przez byłych nadzorców, którzy zaproponowali mi stanowisko eksperta, a ja odmówiłam, dziwiąc się ich niekonsekwencji: wszak przez te lata wiecznie byli niezadowoleni z osiągnięć firmy.

Dzwonią rozczarowani byli klienci. Nagle zrobiliśmy się niezbędni do życia i tak bardzo potrzebni. Gdyby firmy miewały pogrzeby, te wszystkie ciepłe słowa mogłyby paść na naszym i byłaby to piękna i wzruszająca uroczystość. Gdyby miewały nagrobki, na swoim moglibyśmy wyryć, że byliśmy wspaniali.  Pocieszam ich, że przecież nadal żyjemy, zamiast dziur będą teraz pracować na niebieskich pakiecikach naszej marki. Słyszę słowa uznania, a jeden światły pan profesor, polska sława w swojej dziedzinie, zadzwonił osobiście, nie wierząc w pogłoski o końcu firmy na końcu drogi, aby podziękować i pobłogosławić na resztę zawodowego życia. Podobno zasługuję na wszystko, co najlepsze.

Więc poprawiłam koronę i zasuwam. Teraz sprzątam pozostałości po dziurach, a nie jest łatwo posprzątać 40 lat niejednego życia.

Nowe ruszyło, zapchajdziura powoli rozkręca się i rozpycha na zwolnionej powierzchni. Do pracy ruszyli Brat i Misiasty, którzy do tej pory nie znajdowali swojego miejsca wśród skomplikowanych i wymagających dziur.

Teraz w roboty nie chodzi tylko Ruda, nie wiedzieć czemu niezadowolona z "nikogoniemawdomu" , choć przecież może wylegiwać się na każdym z niezajętych foteli.

Bo nigdy jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było, nie?

 

1031 Notka -chyba-wiosenna

zakladka

Koniec drogi pozieleniał, mimo cało zimowych starań rogatego sarenka, który z determinacją forsował płot aby podjadać wszystko, co jeszcze było zielone.

I zaraz po tym, gdy poskręcane ogryzione kikuty zaczęły wypuszczać młode listki wszystko pokryło się bielą i nei była to biel oczekiwanych czereśniowych kwiatków.

czereniapodniegiemCóż, czereśni w tym roku nie pojemy, dobrze, że pani F. dba o stały zapas folii bąbelkowej w magazynie.

To wszystko przez Pana_sąsiada_od_pogody, który całkowicie zaniedbał swoich obowiązków i nie dostarczył rytualnego, pojawiającego się corocznie na mojej drodze do pracy i na blogu zwiastuna wiosny: aromatyczna kupa gnoju przeszła do historii. Przestała być potrzebna, pan sąsiad wybrukował ostatni kawałeczek swojego ogródka.

Moja droga do pracy i ewentualnie z pracy o ile zahaczam o sklep spożywczy, to razem jakieś 120 posesji. Od stycznia zniknęły z nich 43 drzewa. Przybyło jedno, najbliżej mieszkający sąsiedzi wysadzili na trawniczek przechowywaną od świąt choineczkę, trzymamy kciuki, żeby się przyjęła.

Małe niebieskie pakieciki ocalały-zmieniłam nadzorców. Przyszli, ocenili, wygląda na to, że są na tak, ale na ostateczny papier poczekamy jeszcze ze trzy tygodnie, wtedy będę mogła odetchnąć a ze mną żeńska część załogi, bo to ich miejsca pracy.

Męskiej części już nie ma, pan Operator przestał być potrzebny, bo zwyczajnie nie robimy dziur. Pożegnaliśmy się po kilkunastu latach pracy.  Trochę żal, wciąż mam nadzieję, że to dobra decyzja. Dla mnie, ja zyskałam trochę czasu, pan Operator jednak cały trzymiesięczny okres wypowiedzenia, o którym od ponad pół roku wiedział, że nadejdzie, obnosił się po firmie z ciężkim fochem, co spowodowało, że koleżanki pożegnały go z ulgą...

Zmiany, zmiany, zmiany i sprzątanie pozostałości zabierają cały czas. 

 

 

 

 

1030 Notka wbrew pozorom niesłychanie poważna

zakladka

Na kasowej taśmie jadą w stronę pani kasjerki kupione przeze mnie środki czystości. Na końcu podaję jej ostrożnie dwa płaskie mopy i dodatkowe drewniane kije.

-I bukiet, proszę! Z okazji Dnia Kobiet-rzucam sarkastycznie.

-O, jaki pomysłowy! - cieszy się stojący za mną pan.

Obrzucam pana ciężkim spojrzeniem i w duchu zaczynam przepraszać kobietę, prawdopodobnie istniejącą w życiu tego pana, za podsuniecie mu pomysłu na poziomie gimbazy.  Pani kasjerka wzdycha i dorzuca swoje spojrzenie. Płacę, zarzucam na ramię ciężką torbę i zaczynam zbierać moje kije, zastanawiając się czy wypada trafić nimi w pana, a potem złożyć reklamację, że ja do mopa chciałam, nie samobije...

-Da radę? -pyta pan, cofając się z lekka.

-KOBIETA nie da rady? -rzuca pani stojąca za panem.

-Głupie pytanie-podsumowuje pani kasjerka.

Bez wątpliwości spotkamy się w środę na głównym placu Miasteczka ubrane na czarno, żeby sobie feministycznie histeryzować w obronie naszych praw, które ponoć są prawami człowieka. Tyle, że mężczyźni to w większości inny jego gatunek.

1029 Notka starannie ogryziona

zakladka

Od kilku tygodni czaję się z aparatem na nowego rezydenta firmy na końcu drogi.

Z miernym skutkiem. Zawsze kiedy go widzę, a właściwie rejestruję kątem oka ruch na dworze, mam na nosie okulary do czytania. Zanim założę te do dali, zanim znajdę telefon i uruchomię aparat, zanim podpełznę do okna tak, żeby go nie spłoszyć i ustawić ostrość już spłoszy go coś innego. Rezydent w podskokach gna za halę i zaszywa się gdzieś w świerczkach.

Jako dobrze wychowany gospodarz nie będę przecież gościa denerwować i w świerczki nie polezę.

Gość wlazł na teren firmy  gdzieś w okolicach świąt i ani myśli sobie pójść.Nie wiadomo też, którędy wszedł, bo w dzień ruch w okolicach bramy jest zbyt duży a po zmierzchu brama starannie zamknięta. Mamy jakiś podkop pod płotem od strony lasu ale chyba sarny pod płotem nie przełażą?

Sarenek co prawda prześliczny, rudo-szary, błyska białym lusterkiem na zadku i obnosi dumnie całkiem spore różki, ale zeżarł już chyba wszystko, co w granicach płotu było do zeżarcia i straszymy poobgryzanymi badylami sterczącymi wszędzie, jak okiem sięgnąć spod śniegu.

Doprawdy nie wiem co on jeszcze ma tu do skonsumowania. Wieczorem pod płot podchodzą inne sarny, poznaję po świeżych śladach na śniegu i chyba usiłują nakłonić go do powrotu na łono natury-niestety choć dwa razy już zostawiłam furtkę otwartą rezydent nie dołączył do swoich.

Ostatnio zrobił się mniej płochliwy i nawet w środku dnia roboczego potrafi podejść do płotu żeby uraczyć się tym, co jeszcze na płocie się pnie. Zaczaiłam się z aparatem i już miałam zrobić pstryk, a tu pani F. otworzyła drzwi do magazynu. Sarenek podskoczył i w popłochu rzucił się w kierunku furtki, szczęśliwie wypadł przez nią i bryknął w sosenki.

Uff...ulżyło mi ogromnie, mimo braku pamiątkowego zdjęcia oraz elementarnego "dziękuję za przechowanie".

Oświadczyłam Superojcu i załodze, że koniec z gapieniem się w okno, śliczności poszły skąd przyszły i zapewne w końcu dołaczyły do swoich, po czym zamknęłam furtkę.

Dwa dni później, jak gdyby nigdy nie wychodził, cwaniak podszedł pod okno biura  i stał sobie spokojnie, oczywiście do chwili gdy trzymałam już telefon w ręku.

Dziś się poddałam i przyszłam do firmy z reklamówką obierzyn ziemniaczanych i czterema marchewkami. No przecież gościa głodzić nie będę.

© Czterdziestka na czereśni
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci