Menu

Czterdziestka na czereśni

Miło by było, gdyby życie składało się przeważnie z przyjemności. Ale że tak nie jest, więc każda samotna po-czterdziestka powinna mieć swoją czeresienkę. Z jej czubka świat wygląda inaczej i można pogodzić się z niektórymi rzeczami. Ponieważ sezon na czereśnie jest krótki, to ciągle szukam ich ekwiwalentu. Niektórzy twierdzą, że to folia bąbelkowa.

Czas schudnąć

zakladka

Wczoraj, w godzinach szczytu, na drodze z pracy kierujacy pojazdem jednośladowym* wjechał mi w kuper.

Kierowca był trzeźwy, a ja i mój cień szliśmy prawidłowo
poboczem jedno za drugim.

Fotografia z miejsca wypadku :


*) rowerzystą był czterolatek, któremu odkręcili boczne kółka,

co nie zmienia bolesności siniaków:)

Zakładeczka na skraju lasu

zakladka

Za magazynem są trzy  krzaki czerwonej porzeczki, która nadaje się już do zjedzenia.

Dzwonię do domu i proszę dziecko, żeby przybyło z naczyniami to zerwiemy owoce.

Dziecko przybywa-ma na sobie długie spodnie, adidasy i skarpetki- bo na pewno oblezą ją kleszcze.

Udajemy się za magazyn. Do krzaków trzeba przejść kawałek zarośnięty trawą po kolana i przez samosiejki drzew: klonów, brzózek, osik, jak to pod lasem.

-Ojej! Uła....EJ...To gdzie są te porzeczki? Tam? A tam nie ma pająków?

-Oj, taaaakie wielkie.  Są czarne mamby- odpowiada pan dozorca.

-Czarna mamba to nie pająk-mądrzy się dziecko.

-Nieważne, też są.

-Poważnie?

-Jak najbardziej...

-Jaja sobie ze mnie robicie!

-No.

-Bo ja się  boję pająków

- To nie moja wina, że się boisz.

-Jak to nie twoja? –dziecko mądrzy się nadal.- Ktoś mnie taką urodził.

-JA  nie boję się pająków, to na pewno nie MOJA wina.

-Ałuu. A są tu kleszcze?

-Nie wiem, nie widać.

-Ale potem mnie przejrzysz czy nie oblazły mnie kleszcze?

-Przejrzę

-A tu gdzie jest najwięcej porzeczek to jest pajęczyna.

-To rwij tam, gdzie nie ma pajęczyny.

-Mrówka. No gdzie mi lezie. Takie czerwone to gryzą, nie?

Bez odpowiedzi.

-Motylek. Ale tu zarosło. Ojej, skąd tu mrowiska?

Dalej bez odpowiedzi.

-Aj, coś mi wpadło do miski. ŁAŁ! PAJĄK!!!!!!- miska ląduje na ziemi. Zakładeczka zaczyna zbieranie porzeczek z ziemi.

-Bo ja tak nie lubię pająków.

-Na biwak chcesz jechać? Tam nie będzie pająków i innych żyjątek? Znajomi cię przecież zamordują....

-Przynajmniej będziesz wiedziała jaki mieli motyw.

Czuję się pocieszona.

-Dobrze, że tych porzeczek nie ma więcej.

Napełniłam swoją miskę, dziecko zbiera porzeczki z ziemi.

-No gdzie leziesz ośmionogi. Brrr...- dziecko kontynuuje.

-SKOREK! -Miska z pozbieranymi porzeczkami ląduje na ziemi.

Zakładeczka od nowa zaczyna zbieranie porzeczek z ziemi.

-Te pająki są obrzydliwe.

Bez komentarza.

-Tu rosną też poziomki-informuję dziecko.

-Gdzie?

-Wszędzie. Nisko.

-Ale tu są pająki.

Kończymy zbierać porzeczki. Wychodzimy z zarośli po drodze zbierając poziomki.

-Ojej, jaka wielka! A to one tu rosną? A skąd one tu rosną? AAAAAA..... tu chyba jaszczurka jakaś była!- stwierdza dziecko po usłyszeniu szelestu w suchych liściach.

-No była. Niejedna.

-Łeeeeeeee...cos mi usiadło na bluzce, chciałam to strząsnąć i teraz mam.....

Dochodzimy do wisienki, wyciągam z torby pojemnik.

-Ojej, wiśnie też będziemy rwać? Wszystkie?

Wiśni jest na oko jakieś 60 sztuk.

-Ale tu lezą mrówki. Takie duże mrówki...

.......................

Napisanie odcinka o tym jak Zakładeczka rwie wiśnie nie jest już na moje nerwy.

Na jutro został mi jeszcze jeden krzak porzeczek.

 

Męski egocentryzm*

zakladka
  

Zaczęło się jakiś czas temu-Coś ładnie śpiewało cały wieczór, dziwnie śpiewało, nie byłam pewna, co to jest. Niby pora wieczorna wskazywała na jakiegoś ptaka, który właśnie przyleciał  i zaczyna wabić partnerkę. Z drugiej strony, dziwna regularność dźwięku nakazywała podejrzewać, że jest to jakieś urządzenie mechaniczne zainstalowane w ogrodzie przez Pana Sąsiada.
            Po dwóch wieczorach umilkło, więc uznałam, że jednak to Coś przelotem było.
Niestety-odezwało się po pewnym czasie znowu i tak do dzisiaj: zaczyna około godziny 16, czasami 17 i gra do 2 w nocy. Albo zaczyna na nocną zmianę i wtedy gra od wieczora do rana.

Dźwięk przypomina terkotanie wiatraczka, którego skrzydełko o coś obciera-trwa dokładnie 14 sekund, potem przerwa 15 sekund terkotu i znowu. Spać się nie da. W okolicy cisza, w godzinach wieczornych jest to jedyne źródło dźwięku i niestety umiejscowione w odległości dwudziestu metrów od sypialnianego okna, a mam zwyczaj sypiać przy otwartym.
            Ponieważ na kontaktach z Panem Sąsiadem zależy mi przyjaznych, nie podejmowałam tematu dokuczliwości pitolenia, mając nadzieję, że ktoś inny się poskarży.
            Bo to tak fajnie terkocze, że co i rusz obserwuję sąsiadów stojących przy płocie i usiłujących zlokalizować źródło dźwięku. No i dobrze-skoro nie tylko mnie to irytuje, to może jednak w końcu ktoś inny podejmie interwencję.
            Zamykałam okna, ale przez zamknięte tez słychać. Terkotanie zaczynało być coraz bardziej upiorne -melodyjność z pierwszego dnia zniknęła, a powtarzalność dźwięku mnie wykańczała. Czułam się jak pies Pawłowa-jak cholerstwo się zacięło i przypadkiem nie
zaterkotało, to mój umysł sam dodawał: truuuu, truuuuuuuuuuu.
             Postanowiłam dołączyć do sąsiadów i zademonstrować swoje zainteresowanie źródłem dźwięku tak, aby Pan Sąsiad wreszcie pojął, że to coś w jego ogrodzie zakłóca ciszę nocną i podjął wysiłek usunięcia problemu. Ku swojemu zdziwieniu stwierdziłam, że pan Sąsiad zastyga w różnych pozach pomiędzy kamieniami w swoim skalniku wyraźnie nasłuchując.
Acha, to znaczy, że ktoś go poprosił o wyłączenie wiatraczka- weźmie, usunie, uff....Ulica się wyśpi.
           Niestety bączek- brzęczek -terkotek- upierdliwek słyszalny jest nadal i coraz głośniej, a  od paru dni Sąsiada w ogródku nie ma.
            Wczoraj zdeterminowana dokuczliwością dźwięku obijającego mi się o czaszkę poszłam zapytać Pana Sąsiada, czemu do cholery jeszcze nie wyłączył paskudztwa.
Nie wyłączę- oświadczył sąsiad z miną zbolałą i zrezygnowaną. –Wszyscy myślą, że to ja coś zainstalowałem i pół ulicy ma pretensje. A to nie moja wina. Żaba wprowadziła mi się do oczka wodnego.

Jedno małe zielone paskudztwo terroryzuje całą ulicę z przyległościami ???Na następnym posiedzeniu komitetu ds. budowy nawierzchni na naszej ulicy będziemy obradować nad sposobem rozwiązania kwestii żabiej.


*Wyjaśnienie tytułu:

Zdarzenie miało miejsce w czerwcu 2006 roku. Jego opis trafił do skrzynek mailowych kilku osób. Między innymi do Pani Żabczyńskiej, która jeśli uznała za stosowne skomentować to nie pamiętam jak i do Pana Żabowskiego,  który odpisał:

„He, He, bardzo śmieszne. Ja nikogo nie terroryzuję.”

 

A nawierzchnia na naszej ulicy powstała, ale to temat na inną bajkę.

 

 

Parapetówka u sąsiadów

zakladka

Dzis parapetówki były aż trzy.

Sąsiedztwo mamy spokojne, choć liczne i ciągle wprowadza się ktoś nowy. Niektórzy przybywają nie zauważeni, ot raptem pojawił się nowy lokator, cicho i bez fanfar .

Niektórzy osiedlają się wyprawiając huczną parapetówkę. Czasami zaproszeni goście, z powodu melancholijnego podobieństwa  naszych płotów, mylą bramy i przez pomyłkę wchodzą do firmy. Poznajemy ich po eleganckim ubiorze i bukiecie pod pachą –pukamy wtedy w okno i tłumaczymy, że impreza jest na pewno po sąsiedzku i to jeszcze trochę dalej wzdłuż muru, do następnej bramy.

Niekiedy, zwłaszcza przy deszczowej pogodzie słychać nastrojową muzyczkę. Zdobywamy się wtedy na chwilę refleksji. Od czasu do czasu impreza jest zamaszysta, słychać orkiestrę, wiemy, że wprowadził się ktoś ważny. Wyjątkowo osiedlinom towarzyszą nawet salwy-linia produkcyjna wtedy na sekundy zamiera.

A potem egzystujemy już spokojnie, nie wadząc jedni drugim.

Każdy z nas ma tam obok kogoś mniej lub bardziej znajomego, niektórzy nawet pracowali kiedyś w firmie na końcu drogi, lub kogoś z rodziny i po pracy wpadamy w odwiedziny.

Tylko raz w roku sąsiedzi wywołują zamieszanie. Wszyscy razem zapraszają gości. My też się wybieramy. Kilka dni wcześniej zaczynają się porządki, słychać odgłosy przygotowań do imprezy, nagle okazuje się, że sąsiedzi, nawet ci na co dzień zaniedbywani, mają jednak masę rodziny i znajomych. A potem następuje ten sądny dzień, kiedy się cieszymy, że nie idziemy do pracy, bo z powodu nawału odwiedzających nie byłoby gdzie zaparkować- dzień 1 listopada.

Firmowe śniadanko

zakladka

W firmie na końcu drogi nie ma automatów z kawą, do najbliższego miejsca gdzie można wyskoczyć na lunch z kolegą jest ho, ho... Nikt nie widział pana Kanapki z koszyczkiem ani firmy cateringowej z obiadkami w styropianie.

W ogóle zamiast lunchu jest prozaiczna przerwa śniadaniowa, podczas której pije się kawę we wspólnej jadalni i spożywa odwinięte z papieru kanapki. Czasami ktoś przyniesie własnoręcznie zrobione ciasto.

A czasami w przerwie śniadaniowej wychodzi się za fabrykę i...
fotografuje śniadanko przed spożyciem.





© Czterdziestka na czereśni
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci