Menu

Czterdziestka na czereśni

Miło by było, gdyby życie składało się przeważnie z przyjemności. Ale że tak nie jest, więc każda samotna po-czterdziestka powinna mieć swoją czeresienkę. Z jej czubka świat wygląda inaczej i można pogodzić się z niektórymi rzeczami. Ponieważ sezon na czereśnie jest krótki, to ciągle szukam ich ekwiwalentu. Niektórzy twierdzą, że to folia bąbelkowa.

Męski egocentryzm*

zakladka
  

Zaczęło się jakiś czas temu-Coś ładnie śpiewało cały wieczór, dziwnie śpiewało, nie byłam pewna, co to jest. Niby pora wieczorna wskazywała na jakiegoś ptaka, który właśnie przyleciał  i zaczyna wabić partnerkę. Z drugiej strony, dziwna regularność dźwięku nakazywała podejrzewać, że jest to jakieś urządzenie mechaniczne zainstalowane w ogrodzie przez Pana Sąsiada.
            Po dwóch wieczorach umilkło, więc uznałam, że jednak to Coś przelotem było.
Niestety-odezwało się po pewnym czasie znowu i tak do dzisiaj: zaczyna około godziny 16, czasami 17 i gra do 2 w nocy. Albo zaczyna na nocną zmianę i wtedy gra od wieczora do rana.

Dźwięk przypomina terkotanie wiatraczka, którego skrzydełko o coś obciera-trwa dokładnie 14 sekund, potem przerwa 15 sekund terkotu i znowu. Spać się nie da. W okolicy cisza, w godzinach wieczornych jest to jedyne źródło dźwięku i niestety umiejscowione w odległości dwudziestu metrów od sypialnianego okna, a mam zwyczaj sypiać przy otwartym.
            Ponieważ na kontaktach z Panem Sąsiadem zależy mi przyjaznych, nie podejmowałam tematu dokuczliwości pitolenia, mając nadzieję, że ktoś inny się poskarży.
            Bo to tak fajnie terkocze, że co i rusz obserwuję sąsiadów stojących przy płocie i usiłujących zlokalizować źródło dźwięku. No i dobrze-skoro nie tylko mnie to irytuje, to może jednak w końcu ktoś inny podejmie interwencję.
            Zamykałam okna, ale przez zamknięte tez słychać. Terkotanie zaczynało być coraz bardziej upiorne -melodyjność z pierwszego dnia zniknęła, a powtarzalność dźwięku mnie wykańczała. Czułam się jak pies Pawłowa-jak cholerstwo się zacięło i przypadkiem nie
zaterkotało, to mój umysł sam dodawał: truuuu, truuuuuuuuuuu.
             Postanowiłam dołączyć do sąsiadów i zademonstrować swoje zainteresowanie źródłem dźwięku tak, aby Pan Sąsiad wreszcie pojął, że to coś w jego ogrodzie zakłóca ciszę nocną i podjął wysiłek usunięcia problemu. Ku swojemu zdziwieniu stwierdziłam, że pan Sąsiad zastyga w różnych pozach pomiędzy kamieniami w swoim skalniku wyraźnie nasłuchując.
Acha, to znaczy, że ktoś go poprosił o wyłączenie wiatraczka- weźmie, usunie, uff....Ulica się wyśpi.
           Niestety bączek- brzęczek -terkotek- upierdliwek słyszalny jest nadal i coraz głośniej, a  od paru dni Sąsiada w ogródku nie ma.
            Wczoraj zdeterminowana dokuczliwością dźwięku obijającego mi się o czaszkę poszłam zapytać Pana Sąsiada, czemu do cholery jeszcze nie wyłączył paskudztwa.
Nie wyłączę- oświadczył sąsiad z miną zbolałą i zrezygnowaną. –Wszyscy myślą, że to ja coś zainstalowałem i pół ulicy ma pretensje. A to nie moja wina. Żaba wprowadziła mi się do oczka wodnego.

Jedno małe zielone paskudztwo terroryzuje całą ulicę z przyległościami ???Na następnym posiedzeniu komitetu ds. budowy nawierzchni na naszej ulicy będziemy obradować nad sposobem rozwiązania kwestii żabiej.


*Wyjaśnienie tytułu:

Zdarzenie miało miejsce w czerwcu 2006 roku. Jego opis trafił do skrzynek mailowych kilku osób. Między innymi do Pani Żabczyńskiej, która jeśli uznała za stosowne skomentować to nie pamiętam jak i do Pana Żabowskiego,  który odpisał:

„He, He, bardzo śmieszne. Ja nikogo nie terroryzuję.”

 

A nawierzchnia na naszej ulicy powstała, ale to temat na inną bajkę.

 

 

Parapetówka u sąsiadów

zakladka

Dzis parapetówki były aż trzy.

Sąsiedztwo mamy spokojne, choć liczne i ciągle wprowadza się ktoś nowy. Niektórzy przybywają nie zauważeni, ot raptem pojawił się nowy lokator, cicho i bez fanfar .

Niektórzy osiedlają się wyprawiając huczną parapetówkę. Czasami zaproszeni goście, z powodu melancholijnego podobieństwa  naszych płotów, mylą bramy i przez pomyłkę wchodzą do firmy. Poznajemy ich po eleganckim ubiorze i bukiecie pod pachą –pukamy wtedy w okno i tłumaczymy, że impreza jest na pewno po sąsiedzku i to jeszcze trochę dalej wzdłuż muru, do następnej bramy.

Niekiedy, zwłaszcza przy deszczowej pogodzie słychać nastrojową muzyczkę. Zdobywamy się wtedy na chwilę refleksji. Od czasu do czasu impreza jest zamaszysta, słychać orkiestrę, wiemy, że wprowadził się ktoś ważny. Wyjątkowo osiedlinom towarzyszą nawet salwy-linia produkcyjna wtedy na sekundy zamiera.

A potem egzystujemy już spokojnie, nie wadząc jedni drugim.

Każdy z nas ma tam obok kogoś mniej lub bardziej znajomego, niektórzy nawet pracowali kiedyś w firmie na końcu drogi, lub kogoś z rodziny i po pracy wpadamy w odwiedziny.

Tylko raz w roku sąsiedzi wywołują zamieszanie. Wszyscy razem zapraszają gości. My też się wybieramy. Kilka dni wcześniej zaczynają się porządki, słychać odgłosy przygotowań do imprezy, nagle okazuje się, że sąsiedzi, nawet ci na co dzień zaniedbywani, mają jednak masę rodziny i znajomych. A potem następuje ten sądny dzień, kiedy się cieszymy, że nie idziemy do pracy, bo z powodu nawału odwiedzających nie byłoby gdzie zaparkować- dzień 1 listopada.

Firmowe śniadanko

zakladka

W firmie na końcu drogi nie ma automatów z kawą, do najbliższego miejsca gdzie można wyskoczyć na lunch z kolegą jest ho, ho... Nikt nie widział pana Kanapki z koszyczkiem ani firmy cateringowej z obiadkami w styropianie.

W ogóle zamiast lunchu jest prozaiczna przerwa śniadaniowa, podczas której pije się kawę we wspólnej jadalni i spożywa odwinięte z papieru kanapki. Czasami ktoś przyniesie własnoręcznie zrobione ciasto.

A czasami w przerwie śniadaniowej wychodzi się za fabrykę i...
fotografuje śniadanko przed spożyciem.





Kukułka

zakladka

Leżymy na trawie, na przeciwko na drugim brzegu rzeki jest wysoka skarpa porośnięta lasem. W tym lesie bez opamiętania kuka kukułka. Baśka bohatersko odwraca wzrok od mojego batonika, wzmacnia się woda mineralną.

-Słyszysz jak ta kukułka długo kuka? Pewnie chce komuś jajko podrzucić.

-Jakby chciała podrzucić, to nie robiłaby tego na sygnale. Raczej szuka kogoś, żeby sobie to jajko z nim zrobić- odpowiadam.

-Pewnie tak. Pamiętam, że moja babcia zawsze pytała : kukułeczko, powiedz mi przecie, ile pieniędzy mieć będę w tym roku w kieszeni i cieszyła się, jak potem długo kukała...

-Ta to ma kondycję, kuka jak wariatka, gdyby się sprawdzało to twoja babcia byłaby bogata.

-Wtedy może cos w spadku by mi zostawiła-rozmarza się Baśka.-Szkoda, że nigdy nie trafiła na taką wytrwałą kukułkę.

- Twoja babcia to chyba nietypowo jakoś pytała .Według mnie one po to kukają, żeby dziewczyny mogły zapytać za ile lat wyjdą za mąż, albo jak długo będą szczęśliwie z ukochanym żyły, czy coś w ten deseń.

-To jej zapytaj.

-A po co mi kolejny mąż?

-No dobra, nie mąż, ale zapytaj, kiedy znajdziesz partnera, w końcu ona tak długo kuka, że zaraz przestanie i stracisz okazję, żeby się dowiedzieć. No i musimy jechać dalej.

-Niech się ci będzie. Kukułeczko powiedz mi przecie: za ile lat znajdę partnera?

-Ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku- ku....

-No, powiało optymizmem...

-Ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku- ku....

-Baśka, to przez ciebie...A żeby jej tak piórka wypadły!

-Ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku- ku....

-Dobra , nie było pytania!

-Ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku- ku....

-Jeszcze trochę i cholero, ochrypniesz i jutro nie będziesz mogła słowa wykukać.

Baśka dusi się ze śmiechu tak, że na rower wsiąść nie może.

-Ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku- ku....

-Ludzie tak długo nie żyją, nie potrzebuję partnera żeby mi za trumną szedł!

-Ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku- ku....

Baśka zaczyna płakać ze śmiechu.

-Ty gadasz z kukułką!

-Ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku- ku....

-Już nie gadam, nie chce mi się z nią gadać!

-Ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku- ku....

Wsiadam na rower i zaczynam pedałować.

-Ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku-ku, ku- ku....

-A w ogóle to nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi!

Baśka mnie dogania:

-Nie martw się, może ona ma zaprogramowane odliczanie w systemie sekundowym.

Po co mi to wszystko?

zakladka
  

Kiedy cztery lata temu z pustymi kieszeniami, dwójką dzieci, kotem i krwawiącym sercem:)wyjeżdżałam z Warszawy, co prawda nie w nieznane, ale w do-poznania-od-nowa, znajomi mówili: dawaj znać, co u ciebie, jak sobie radzisz?·Potem dzwonili, esemesowali, pisali maile a niektórzy tak się troszczyli, że nawet pożyczali pieniądze.

Czasami był czas na obszerne doniesienia z frontu a czasami tylko na króciutkie notki.

Niekiedy pisane pod przymusem udzielenia odpowiedzi a niekiedy specjalnie po to, żeby się zatrzymać, oderwać i spojrzawszy z boku stwierdzić, że jeszcze chyba nie zwariowałam.

Pisanina trafiała do skrzynek pocztowych różnych ludzi a czasami na pewne forum.

Ponieważ czuję się w obowiązku spełnić życzenie Liki, (która wymyśliła tytuł tego bloga, którego absolutnie nie godziło się zmarnować) o treści: miło by było mieć wszystko w jednym miejscu-no cóż, ruszam do przekopywania zasobów internetowych.

Nigdy nigdzie nie archiwizowałam swoich listów ani wpisów formowych i do tej pory nigdy do nich nie wracałam, sama jestem ciekawa, jaki obraz w wyniku tej „podróży z Zakładką przez wieki” się wyłoni.



© Czterdziestka na czereśni
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci