Menu

Czterdziestka na czereśni

Miło by było, gdyby życie składało się przeważnie z przyjemności. Ale że tak nie jest, więc każda samotna po-czterdziestka powinna mieć swoją czeresienkę. Z jej czubka świat wygląda inaczej i można pogodzić się z niektórymi rzeczami. Ponieważ sezon na czereśnie jest krótki, to ciągle szukam ich ekwiwalentu. Niektórzy twierdzą, że to folia bąbelkowa.

1026 Notka zdezorientowana

zakladka

W poczekalni u dentysty na dwóch kanapach czeka kilka osób.

Przez szklany blat stolika widać rozłożoną na półeczce prasę, której lektura powinna nam umilić czas oczekiwania.

Odruchowo sięgam w tym kierunku. Zaskoczenie,  bo nie znajduję tradycyjnych w takich miejscach zaczytanych  numerów kolorowych pisemek, niesłusznie zwanych kobiecymi. Ale Pan dentysta najwyraźniej uwzględnia dualizm poglądów społeczeństwa i dba o dobre samopoczucie każdego z pacjentów, niezależnie od poglądów.

Do wyboru mam prasę zarówno z wizerunkiem wybuchającego samolotu, jaki i obliczami posłów opozycji.

Trudno jednak podjąć decyzję.  Nikt z czekających w kolejce nie czyta, za to wszyscy z napięciem wpatrują się na zmianę: w blat stolika lub twarze pozostałych czekających.

1025 Notka o końcu drogi na koniec drogi

zakladka

Z kronikarskiego obowiązku fotka ostatniej drogi do pracy w 2016.

31Zmierzałam nią rano, żeby samotnie i w zimnie posiedzieć nad inwentaryzacjami.

W tym roku z racji rozrośniętej liczny magazynów inwentaryzacji mamy aż pięć i wszystkie współpracujące z nami firmy chciały je mieć już, jednocześnie nie przerywając korzystania z ich zawartości. Takie cuda tylko na końcu drogi, więc oczywiście, że fotka pierwszej w 2017 roku drogi do pracy powstała pierwszego stycznia o poranku, bo chyba dziewiątą rano tego akurat dnia można wyjątkowo zakwalifikować jako poranek, prawda?

0101

Na obu zdjęciach ledwo widać ślad ścieżki. Gdy zaczęłam nią chodzić, ścieżka była solidnie wydeptaną do gołego, białego piachu  drożynką przez bujną łąkę, na której nie było ani jednej sosenki, bo przez ponad dziesięć lat korzystali z niej wszyscy pracujący na końcu drogi: kilkadziesiąt osób. Przejście na skróty przez łąkę było zacznie lepszym rozwiązaniem, niż brnięcie przez błoto po kostki lub kurz do najbliższego wyasfaltowanego kawałka ulicy, a brnąć wtedy trzeba było dobry kwadrans. W poprzedniej epoce ugór na końcu miasta, w sąsiedztwie cmentarnego muru, tuż nad wypełnionym śmieciami starym okopem, działka pozbawiona elektryczności, kanalizacji, wody i dojazdu, była jedynym na co mógł liczyć przedsiębiorca, zwany pogardliwie prywaciarzem, chcący prowadzić firmę. A i tak na zakup tego nikomu niepotrzebnego kawałka ziemi, na którym pasły się barany, trzeba było mieć specjalne pozwolenie.

Superocjciec pozwolenie zdobył bo to jednostka uparta; w domowym archiwum zachowane jest zdjęcie pustego pola ze świeżo usypaną drogą z czarnej szlaki-początek inwestycji na końcu drogi. Nikt nie tworzył specjalnych stref ekonomicznych, nie prosił o tworzenie miejsc pracy,  bo tych czekających na wykształconych fachowców było teoretycznie znacznie więcej niż owych fachowców.  Na zatrudnianie ludzi z wyższym wykształceniem składało się wtedy zapotrzebowanie. Mam takie złożone do wojewody, wyszczególnieni są na nim, niczym  kolejne pozycje w spisie materiałów budowlanych inżynierowie i technicy różnych specjalności. Wojewoda był uprzejmy zgody udzielić i podzielić się cennymi a deficytowymi fachowcami z różnych dziedzin, jednak w ilości mniejszej niż owo zapotrzebowanie, z obawy o dobrostan państwowych zakładów pracy, gdzie tychże deficytowych fachowców również pożądano. Również w domowych dokumentach przechowuję pozwolenie na zatrudnienie większej ilości osób, niż dopuszczalna wtedy w środkach produkcji będących własnością prywatną, podpisane przez właściwego ministra. Wniosek złożył doń sekretarz komitetu centralnego jedynej słusznej partii, odpowiedzialny za odcinek dziurotwórstwa w polskiej gospodarce, gdy okazało się, że trudne dziury, wbrew powszechnej opinii da się robić na miejscu i to w piwnicy, zamiast importować za ciężkie dewizy i wspierać gospodarkę zgniłego zachodu.

Pierwszy przez trawę po pachy przeszedł nieskończony, autystyczny informatyk, z którym nikt nie chciał pracować, bo nie cierpiał głośniejszych dźwięków i profilaktycznie, dla zdrowia, spożywał czosnek w ilościach hurtowych. Wszyscy pracownicy z końca drogi śmiali się z niego, ale w końcu zaczęli korzystać z wydeptanego śladu na trawie, który powoli stał się ścieżynką.

Ja zaczęłam chodzić na ukos przez łąkę, kilkanaście lat później, gdy wiodła przez nią już solidna ścieżka, w całkiem innej rzeczywistości.

I jestem jedyną osobą, która z niej korzysta, by dojść do pracy. Reszta podjeżdża samochodami lub dociera do przystanku autobusowego przy wyasfaltowanej za unijne pieniądze ulicy. Ścieżka więc powoli zarasta, za chwilę zacznie prowadzić donikąd a potem zniknie.

Dziury, jak wszystko, taniej robi się daleko stąd. I nie robią ich malutkie firmy na końcach dróg, systematycznie zabijane przez coraz to wyższe wymagania stawiane przez kolejne instytucje nadzoru. W ciągu ostatnich kilkunastu lat branża dziurotwórcza praktycznie przestała w Polsce istnieć. Nawet jeśli na metkach figuruje polski wytwórca, to zawartość powstaje gdzie indziej, gdzie łatwiej uniknąć niezapowiedzianych kontroli i ominąć brak certyfikatów. Na kolejnych branżowych szkoleniach spotykaliśmy się  w tym samym, ciągle zmniejszającym się składzie, ze zgrozą  wymieniając informacje o tym, kto kiedy się zamknął. Już trzy lata temu usłyszałam za plecami opinię kogoś z wysokiego urzędu, że dziury w Polsce robią już tylko hobbyści.  Nie jesteśmy ważni, dziurotwórcy tworzą tak znikomą ilość miejsc pracy, że nie warto nas chronić. Dobra zmiana nawet nie zadbała o wysłanie do Brukseli przedstawiciela, który miałby wpływ na kształt nowego prawa, które wkrótce zacznie nas obowiązywać. Ba, nas nawet nie ma kto poinformować o ostatecznej wersji za chwilę wprowadzanych zmian. 

Zresztą nie jest istotne, czy zmiany są mniej czy bardziej niekorzystne. Udźwignąć ich wprowadzenie mogą wyłącznie duże organizacje i nie dysponuję taką ilością sobót, niedziel i dni międzyświątecznych, w których załoga ma wolne oraz potencjalnie niedospanych nocy, żeby to ogarnąć. Potrafię, ale już nie chcę. Ileż życia można spędzić za biurkiem tyrając praktycznie tylko na to, aby pracować mógł ktoś?

Krwiopijcy przedsiębiorcy nie tworzą miejsc pracy charytatywnie, tworzą je po to, aby bez skrupułów wyzyskiwać tych, którzy je zajmują.

Najlepszym moim pracownikiem jestem ja sama.

Kilkanaście lat temu na progu mojego warszawskiego mieszkania stanęła była już dziś szefowa produkcji i kazała wracać do Miasteczka, bo jak nie ja, to kto? Zapomniała mi powiedzieć, bo sama nie wiedziała, że żąda niemożliwego, więc się udało.Ta praca nigdy nie była moją pasją ani marzeniem, ale wykonywałam ją tak, jakby nim była.

Ponad trzy  lata temu pochylona nad tabelką zdecydowałam, że to już koniec...Ale była załoga,która całe życie robiła dziury i nie potrafi nic innego, tradycje rodzinne robienia zamiast pieniędzy rzeczy nieprostych a pożytecznych. Znów kilka miesięcy niewiarygodnego tyrania,  dołożyłam do dziur małe, niebieskie pakieciki, wydzierając szansę na zarobek na miskę ryżu z czyichś małych rączek, gdzieś daleko stąd.  Wszyscy się cieszyli, przybyło mi pracy ale miało przybyć i pieniędzy. Starzy czytelnicy tego bloga wiedzą, że zaczęłam się tu pojawiać coraz rzadziej i rzadziej...

Jesienią znów pochylałam się nad tabelką w a potem rozejrzałam się wśród tej żałosnej resztki znajomych, która mi została: nie znam nikogo, kto od czternastu lat nie był na urlopie. Dziś nikt już nie chce formować dziur podłużnych z otworami przelotowymi naprzemianległymi i zawijać pakiecików pod presją odpowiedzialności za płacę minimalną a taka jest niestety wartość rynkowa zawijania -naprawdę są prace warte tylko tego wynagrodzenia, choć wszyscy uważają, że nie warto za nie pracować, skoro nie można wyżyć.

Jej wzrost, obok absurdalnego wzrostu unijnych wymagań ostatecznie miał znaczenie decydujące.

Jeszcze przez kilka tygodni ważyć się będą losy małych niebieskich pakiecików...

W czwartek linia produkcyjna firmy na końcu drogi wypluje ostatnią serię dziur. Do świętowania czterdziestolecia produkcji brakło roku. 

1024 Notka o cudownym uzdrowieniu.

zakladka

Dziś ciemnym świtem wywlokłam Misiastego z łóżeczka mocą swego autorytetu i pokrzykiwaniem, i zaprowadziłam do ZUS- u w celu okazania po raz czwarty w życiu lekarzowi orzecznikowi, aby ten dokonał oceny:  zdolny do pracy, czy nie?

 Renta socjalna została mu przyznana do końca bieżącego roku, więc wyczucie czasu urząd ma odpowiednie.

Nic to, że cztery inwentaryzacje w czterech różnych magazynach, zamknięcie produkcji etc., ty, matko specjalna, rzucisz wszystko i pobiegniesz z dzieckiem.

Mogłabyś wcześniej, w dogodniejszym terminie, ale urząd w Miasteczku uprawia spychologię i ktoś przeczytawszy na dostarczonym zaświadczeniu, że "przedmiot" oceny objęty jest opieką psychologiczną w mieście wojewódzkim, wysnuł błędny wniosek, że tam też przebywa, zatem sprawę przekazał do rozpatrzenie właśnie tam. Na szczęście inny ktoś w oddziale wojewódzkim przytomnie wykonał telefon sprawdzający i po krótkiej rozmowie zdecydował o odesłaniu wszystkich kwitów z powrotem.

Całe szczęście, chyba bym się zjeżyła, gdybym na te trzy minuty audiencji musiała stracić cały dzień.

Pomijam zwyczajowe rozpoczęcie z opóźnieniem: to petenci stawiać się muszą punktualnie o ósmej, wszyscy naraz, żeby zostać rozdysponowani w wiele małych kolejek pod drzwiami kilku orzeczników, którzy za owymi drzwiami pojawiają się zazwyczaj niepunktualnie.

Pomijam brak  "dzień dobry", szczeknięcia " wezwanie" i ''dowód", bez  "proszę" oczywiście i wzrok mogący zabić matkę, która z dorosłym dzieckiem wkracza do gabinetu. Cztery profesorskie wykrzykniki na zaświadczeniu o stanie zdrowia w zdaniu: STAWIENNICTWO Z MATKĄ nie zrobiły na pani orzecznik wrażenia.

Jej niezadowolona mina nie zrobiła z kolei wrażenia na mnie: pamiętam ją z pierwszej opisanej tu lata temu wizyty, więc mogłam się skupić na dołożeniu starań, żeby nie poczuć się jak śmieć czy gnida, a Misiasty średnio łapie takie sygnały.

Skupiony był zresztą na zadaniu; w odpowiedzi na pytanie czy ma udawać wariata, zadawane już rytualnie  przed wizytą w ZUS dostał jak zwykle instrukcje, żeby po prostu być sobą i spróbować odpowiadać na pytania zadawane przez lekarza.

Na szczęście pytania trudne nie były, "przedmiot" poradził sobie znakomicie, zwłaszcza, że pani nawet nie próbowała popatrzeć w jego kierunku.

-Jak się pan czuje?

-Dobrze.

-Ma pan jakieś problemy?

-Nie.

W tym momencie już wiedziałam, że zaczęły się schody a pani pojęcie na temat autyków nadal jest żadne, tak jak  sześć lat temu.

-Bierze pan jakieś leki?

-Nie.

-To czemu przychodzi pan po rentę?

Bardzo długa chwila ciszy...

-Bo się nie mogę skoncentrować???? -pada cichutka i niepewna odpowiedź.  Misiasty rzuca mi rozpaczliwe spojrzenie.- Bo mi hałas przeszkadza? -dodaje jeszcze ciszej.

-Nie patrz na mnie synu. Musisz sam odpowiadać na pytanie, pani doktor, jak będzie chciała, to mnie zapyta.

-Leczył się pan psychiatrycznie?

-Nie.

-Jak to nie? - nie wytrzymuję. -Misiasty, od dziecka jesteś pod opieką psychiatry!

Aaaaaaa, błąd! Powinnam była milczeć. Pani nie zapytała matki, bo widać nie chciała, nie?

W tym momencie rozmowa się skończyła, na wezwaniu do stawienie się została przybita pieczątka. Pani doktor odesłała nas do domu z informacją, że dokumentacja z leczenia jest niewystarczająca, facet zdrowy a urząd wystąpi do poradni o przesłanie jej w całości, a my zostaniemy powiadomieni o wynikach oceny tejże dokumentacji.

Bez "do widzenia". Z tamtej strony, oczywiście.

Każdy, kto ma autyka w domu wie, że na tak sformułowane pytania nie udzieli on innych odpowiedzi, niż te, których udzielił Misiasty.

Cały urząd obwieszony jest plakatami wyjaśniającymi, jak należy kontaktować się z osobami niepełnosprawnymi, jak rozmawiać z ludźmi na wózku, niewidomymi. Proste pismo i kolorowe obrazki ilustrujące zasady savoir vivre wobec odmieńców.

Pewnie czytają je tylko skazani na ZUS odmieńcy.

A matki, nawet objęte urzędowym pozwoleniem na dostarczenie "przedmiotu" do oceny przed oblicze orzecznika, powinny cieszyć się, że pozwala im się na opiekę nad dorosłym  dzieckiem absolutnie niezdolnym do samodzielnego stawienia się w urzędzie, nie mówiąc o stawieniu czoła urzędowi.  I  trzymać buzie na kłódkę i nie próbować przypominać lekarzowi orzecznikowi, że autyzmu się nie leczy, bo to nie choroba, tylko zaburzenie rozwoju.

Poczekam na papier,  pozbieram swoją godność z podłogi, pozbieram do kupy sponiewieranego Misiastego, który jednak łapie i martwi się, co powiedział nie tak i ruszę do walki, bo zdaję się, że bez odwołania się nie obejdzie,

 

1023 Notka racjonalna

zakladka
W tym roku prezenty pod choinką były więcej niż skromne, bo jakoś nie zauważyłam, że nadszedł  ten moment, kiedy trzeba je kupować
a później sami tyraliśmy w "elf storage"  i  po prostu sumienie nie pozwalało dowalić roboty podobnie jak my tyrającym magazynierom i kurierom wszelkiej maści.
Jedynym członkiem rodziny, o którego zadbałam, nie do końca będąc pewna, że nie wierzy już w św. Mikołaja był oczywiście Misiasty.
Na niego pod choinką czekały pakuneczki  zawierające coś jeszcze oprócz słodyczy.
-No wreszcie dostałem coś porządnego! -ucieszył się całkowicie szczerze Misiaty na widok elektrycznej szczoteczki do zębów.
A matce szczęka opadła, bo dorzuciła tę szczoteczkę w akcie rozpaczy, nie mając absolutnie nic innego, nawet skarpetek, wierząc, że sytuację uratuje kalendarz z lokomotywami, podesłany przez życzliwą duszę i to będzie ta rzecz, która wywoła u Misiastego zachwyt.
A to prezent, jak kompocik z dowcipu:  kalendarz z lokomotywami jest pod choinką od kilku lat co roku, Misiasty traktuje go jak dobro należne, zupełnie nie doceniając wysiłku, jaki trzeba włożyć w jego zdobycie i starań ludzi pamiętających i  dosyłających kolejne z różnych stron świata.
Życzliwej duszy dziękuję zatem ja, osobiście, oczyma wyobraźni widząc jaka rozpętałaby się burza, gdyby kalendarza przypadkowo nie było.
Nie mam wątpliwości, że będzie z czasem doceniony i podzieli los wszystkich poprzednich, o których wyrzuceniu nawet pomyśleć nie można.

1022 Notka rozczarowanego czytelnika

zakladka

Całkiem przypadkowo wpadł mi w ręce świąteczny prezent sprzed lat: " Zima w Dolinie Muminków" -moje pierwsze spotkanie z trollami Tove Jansson.

Książeczka sponiewierana przez lata czytania, używania i peregrynacji po rodzinie i znajomych.

Otworzyłam, bo od ostatniej lektury tego tomiku minęło wiele lat. Muminki polubiłam co prawda, ale książka wydała mi się po prostu przeraźliwie smutna, a zimno bijące z kartek jest dla mnie do dzisiaj najszybszym i najoczywistszym skojarzeniem pojawiającym się w moim umyśle na hasło "zima".

Był czas, kiedy wydawało mi się, że mogę wieść życie Małej Mi...

I cóż?

I znów zrobiło mi się smutno już po pierwszej stronie.

Nie z tych powodów, z których było mi smutno przy lekturze ponad czterdzieści lat temu.

Po prostu przeczytałam, że rodzina Muminków spała sobie w salonie przy piecu.

A tenże piec opalany był torfem, który żarzył się na rusztach w piwnicy domu Muminków.

Tak po prostu. Całą zimę. Wszyscy spali, nikt nie obsługiwał pieca, nie czyścił, nie dokładał paliwa, popiołu nie wynosił...

 

No i to jest ten moment, kiedy nawet będąc Mamusią Muminka człowiek przestaje wierzyć w bajki.

© Czterdziestka na czereśni
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci