Menu

Czterdziestka na czereśni

Miło by było, gdyby życie składało się przeważnie z przyjemności. Ale że tak nie jest, więc każda samotna po-czterdziestka powinna mieć swoją czeresienkę. Z jej czubka świat wygląda inaczej i można pogodzić się z niektórymi rzeczami. Ponieważ sezon na czereśnie jest krótki, to ciągle szukam ich ekwiwalentu. Niektórzy twierdzą, że to folia bąbelkowa.

1024 Notka o cudownym uzdrowieniu.

zakladka

Dziś ciemnym świtem wywlokłam Misiastego z łóżeczka mocą swego autorytetu i pokrzykiwaniem, i zaprowadziłam do ZUS- u w celu okazania po raz czwarty w życiu lekarzowi orzecznikowi, aby ten dokonał oceny:  zdolny do pracy, czy nie?

 Renta socjalna została mu przyznana do końca bieżącego roku, więc wyczucie czasu urząd ma odpowiednie.

Nic to, że cztery inwentaryzacje w czterech różnych magazynach, zamknięcie produkcji etc., ty, matko specjalna, rzucisz wszystko i pobiegniesz z dzieckiem.

Mogłabyś wcześniej, w dogodniejszym terminie, ale urząd w Miasteczku uprawia spychologię i ktoś przeczytawszy na dostarczonym zaświadczeniu, że "przedmiot" oceny objęty jest opieką psychologiczną w mieście wojewódzkim, wysnuł błędny wniosek, że tam też przebywa, zatem sprawę przekazał do rozpatrzenie właśnie tam. Na szczęście inny ktoś w oddziale wojewódzkim przytomnie wykonał telefon sprawdzający i po krótkiej rozmowie zdecydował o odesłaniu wszystkich kwitów z powrotem.

Całe szczęście, chyba bym się zjeżyła, gdybym na te trzy minuty audiencji musiała stracić cały dzień.

Pomijam zwyczajowe rozpoczęcie z opóźnieniem: to petenci stawiać się muszą punktualnie o ósmej, wszyscy naraz, żeby zostać rozdysponowani w wiele małych kolejek pod drzwiami kilku orzeczników, którzy za owymi drzwiami pojawiają się zazwyczaj niepunktualnie.

Pomijam brak  "dzień dobry", szczeknięcia " wezwanie" i ''dowód", bez  "proszę" oczywiście i wzrok mogący zabić matkę, która z dorosłym dzieckiem wkracza do gabinetu. Cztery profesorskie wykrzykniki na zaświadczeniu o stanie zdrowia w zdaniu: STAWIENNICTWO Z MATKĄ nie zrobiły na pani orzecznik wrażenia.

Jej niezadowolona mina nie zrobiła z kolei wrażenia na mnie: pamiętam ją z pierwszej opisanej tu lata temu wizyty, więc mogłam się skupić na dołożeniu starań, żeby nie poczuć się jak śmieć czy gnida, a Misiasty średnio łapie takie sygnały.

Skupiony był zresztą na zadaniu; w odpowiedzi na pytanie czy ma udawać wariata, zadawane już rytualnie  przed wizytą w ZUS dostał jak zwykle instrukcje, żeby po prostu być sobą i spróbować odpowiadać na pytania zadawane przez lekarza.

Na szczęście pytania trudne nie były, "przedmiot" poradził sobie znakomicie, zwłaszcza, że pani nawet nie próbowała popatrzeć w jego kierunku.

-Jak się pan czuje?

-Dobrze.

-Ma pan jakieś problemy?

-Nie.

W tym momencie już wiedziałam, że zaczęły się schody a pani pojęcie na temat autyków nadal jest żadne, tak jak  sześć lat temu.

-Bierze pan jakieś leki?

-Nie.

-To czemu przychodzi pan po rentę?

Bardzo długa chwila ciszy...

-Bo się nie mogę skoncentrować???? -pada cichutka i niepewna odpowiedź.  Misiasty rzuca mi rozpaczliwe spojrzenie.- Bo mi hałas przeszkadza? -dodaje jeszcze ciszej.

-Nie patrz na mnie synu. Musisz sam odpowiadać na pytanie, pani doktor, jak będzie chciała, to mnie zapyta.

-Leczył się pan psychiatrycznie?

-Nie.

-Jak to nie? - nie wytrzymuję. -Misiasty, od dziecka jesteś pod opieką psychiatry!

Aaaaaaa, błąd! Powinnam była milczeć. Pani nie zapytała matki, bo widać nie chciała, nie?

W tym momencie rozmowa się skończyła, na wezwaniu do stawienie się została przybita pieczątka. Pani doktor odesłała nas do domu z informacją, że dokumentacja z leczenia jest niewystarczająca, facet zdrowy a urząd wystąpi do poradni o przesłanie jej w całości, a my zostaniemy powiadomieni o wynikach oceny tejże dokumentacji.

Bez "do widzenia". Z tamtej strony, oczywiście.

Każdy, kto ma autyka w domu wie, że na tak sformułowane pytania nie udzieli on innych odpowiedzi, niż te, których udzielił Misiasty.

Cały urząd obwieszony jest plakatami wyjaśniającymi, jak należy kontaktować się z osobami niepełnosprawnymi, jak rozmawiać z ludźmi na wózku, niewidomymi. Proste pismo i kolorowe obrazki ilustrujące zasady savoir vivre wobec odmieńców.

Pewnie czytają je tylko skazani na ZUS odmieńcy.

A matki, nawet objęte urzędowym pozwoleniem na dostarczenie "przedmiotu" do oceny przed oblicze orzecznika, powinny cieszyć się, że pozwala im się na opiekę nad dorosłym  dzieckiem absolutnie niezdolnym do samodzielnego stawienia się w urzędzie, nie mówiąc o stawieniu czoła urzędowi.  I  trzymać buzie na kłódkę i nie próbować przypominać lekarzowi orzecznikowi, że autyzmu się nie leczy, bo to nie choroba, tylko zaburzenie rozwoju.

Poczekam na papier,  pozbieram swoją godność z podłogi, pozbieram do kupy sponiewieranego Misiastego, który jednak łapie i martwi się, co powiedział nie tak i ruszę do walki, bo zdaję się, że bez odwołania się nie obejdzie,

 

1023 Notka racjonalna

zakladka
W tym roku prezenty pod choinką były więcej niż skromne, bo jakoś nie zauważyłam, że nadszedł  ten moment, kiedy trzeba je kupować
a później sami tyraliśmy w "elf storage"  i  po prostu sumienie nie pozwalało dowalić roboty podobnie jak my tyrającym magazynierom i kurierom wszelkiej maści.
Jedynym członkiem rodziny, o którego zadbałam, nie do końca będąc pewna, że nie wierzy już w św. Mikołaja był oczywiście Misiasty.
Na niego pod choinką czekały pakuneczki  zawierające coś jeszcze oprócz słodyczy.
-No wreszcie dostałem coś porządnego! -ucieszył się całkowicie szczerze Misiaty na widok elektrycznej szczoteczki do zębów.
A matce szczęka opadła, bo dorzuciła tę szczoteczkę w akcie rozpaczy, nie mając absolutnie nic innego, nawet skarpetek, wierząc, że sytuację uratuje kalendarz z lokomotywami, podesłany przez życzliwą duszę i to będzie ta rzecz, która wywoła u Misiastego zachwyt.
A to prezent, jak kompocik z dowcipu:  kalendarz z lokomotywami jest pod choinką od kilku lat co roku, Misiasty traktuje go jak dobro należne, zupełnie nie doceniając wysiłku, jaki trzeba włożyć w jego zdobycie i starań ludzi pamiętających i  dosyłających kolejne z różnych stron świata.
Życzliwej duszy dziękuję zatem ja, osobiście, oczyma wyobraźni widząc jaka rozpętałaby się burza, gdyby kalendarza przypadkowo nie było.
Nie mam wątpliwości, że będzie z czasem doceniony i podzieli los wszystkich poprzednich, o których wyrzuceniu nawet pomyśleć nie można.

1022 Notka rozczarowanego czytelnika

zakladka

Całkiem przypadkowo wpadł mi w ręce świąteczny prezent sprzed lat: " Zima w Dolinie Muminków" -moje pierwsze spotkanie z trollami Tove Jansson.

Książeczka sponiewierana przez lata czytania, używania i peregrynacji po rodzinie i znajomych.

Otworzyłam, bo od ostatniej lektury tego tomiku minęło wiele lat. Muminki polubiłam co prawda, ale książka wydała mi się po prostu przeraźliwie smutna, a zimno bijące z kartek jest dla mnie do dzisiaj najszybszym i najoczywistszym skojarzeniem pojawiającym się w moim umyśle na hasło "zima".

Był czas, kiedy wydawało mi się, że mogę wieść życie Małej Mi...

I cóż?

I znów zrobiło mi się smutno już po pierwszej stronie.

Nie z tych powodów, z których było mi smutno przy lekturze ponad czterdzieści lat temu.

Po prostu przeczytałam, że rodzina Muminków spała sobie w salonie przy piecu.

A tenże piec opalany był torfem, który żarzył się na rusztach w piwnicy domu Muminków.

Tak po prostu. Całą zimę. Wszyscy spali, nikt nie obsługiwał pieca, nie czyścił, nie dokładał paliwa, popiołu nie wynosił...

 

No i to jest ten moment, kiedy nawet będąc Mamusią Muminka człowiek przestaje wierzyć w bajki.

1021 Notka z niezapowiedzianym gościem

zakladka

 W przedświąteczny piątek w firmie na końcu drogi miałam siedzieć samotnie, nie licząc półkotów, które w pracy są ciągle i które właściwie są przyczyną tego siedzenia, bo ktoś koty nakarmić musi, a cała reszta oczywiście myśli o karmieniu rodziny.

Na śniegu pod furtką nie powinno więc być żadnych śladów oprócz kocich, ale były. I to po wewnętrznej stronie płotu:  ślady kopytek.

Znów jakieś cwane bydlę wlazło na teren i myśli, że będę dokarmiać?

Niedoczekanie!

Tym razem żadnych marchewek, obierek ziemniaków i innych frykasów-niech polezie skąd przyszło.

W poświąteczny wtorek otwieram drzwi do lasu i wypędzam w zarośla załogę w charakterze nagonki.

 

1020 Notka tchnąca optymizmem...

zakladka

Ostatnia w tym roku wizyta u pana Psychologa, podsumowujemy "postępy" w terapii.

Nie, żebym miała specjalne złudzenia. W  czasie jesiennego zjazdu formy psychicznej skonsultowałam przypadek z innymi matkami specjalnymi, które są dla mnie większymi autorytetami niż PP i wiem, czego nie oczekiwać. Ale też i wynagrodzenia PP do niskich zaliczyć nie wypada, plus koszty dojazdu i czas-mój, bezcenny! - więc znikomych, jakichkolwiek efektów mogłabym oczekiwać, nie?

Pan Psycholog pyta, co się zmieniło?

Staram się być delikatna,  tak wiecie, krew wyssać, śladu nie zostawić, więc przypominam na skróty oczekiwania, do których przedstawienia zmusił mnie PP na początku terapii oraz odnoszę to do stanu obecnego  i uprzejmie, ale wyrażam swoje niezadowolenie...

Pan Psycholog żegna mnie przy drzwiach  mówiąc, pewnie na pocieszenie (cytat niedokładny ale sens wypowiedzi idealnie w sedno ):   

-A widzi pani, pan Misiasty to jest jaki jest, i w niektórych aspektach nic się nie zmieni i pani o tym wie, doskonale sobie pani z nim radzi, ale proszę sobie wyobrazić, że tu przychodzi mnóstwo ludzi, którzy są zdrowi i zachowują się tak, jak on.

Aha ...Czyli wszystkie moje oczekiwania, które zdarza mi się formułować w myślach a czasami  werbalnie wyrażać, wobec różnych ludzi spotykanych codziennie na ścieżkach życia, którzy rozczarowują, zawalają, nie realizują, nie myślą i zachowują się nieprofesjonalnie są bezzasadne.  

Ok, będę się cieszyć, że jest jak jest, ale Misiasty ma przynajmniej na to papiery.

© Czterdziestka na czereśni
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci